Czterdzieści pięć lat temu, nad spokojnymi dziś wodami jeziora Druzno, archeologia przeżyła moment jak z powieści przygodowej. To właśnie tam odnaleziono Truso – legendarny wikiński port, przez dekady poszukiwany, niemal mityczny, porównywany do Troi czy Atlantydy. Odkrycie nie było jednak dziełem przypadku ani romantycznego łowcy skarbów, lecz efektem cierpliwej pracy młodego archeologa, Marka Jagodzińskiego, który dopiero co skończył studia i rozpoczynał zawodową drogę w Elblągu.
Historia Truso zaczyna się od jednego, ale niezwykle cennego źródła pisanego. To relacja Wulfstana – anglosaskiego żeglarza, który pod koniec IX wieku opisał swoją podróż z Hedeby, jednego z najważniejszych wikińskich portów, do Truso, leżącego na pruskim brzegu delty Wisły. Jego opis trafił do dzieła tłumaczonego i uzupełnianego przez króla Alfreda Wielkiego. Przez ponad sto lat historycy i archeolodzy próbowali na tej podstawie ustalić, gdzie dokładnie znajdował się port.
Dla młodego Jagodzińskiego była to jedna z pierwszych, a zarazem najambitniejszych misji. Za namową swojego mistrza, prof. Jerzego Okulicz-Kozaryna, raz jeszcze dokładnie przeanalizował relację Wulfstana. Zwrócił uwagę na szczegóły: wpłynięcie na Zalew Estyjski (dzisiejszy Zalew Wiślany), następnie rzeką Ilfing (obecnie Elbląg) do jeziora, nad którego brzegiem leżało Truso. Opis był zaskakująco precyzyjny.
Kluczowa okazała się topografia terenu. Zachodni brzeg jeziora Druzno to podmokłe, nisko położone obszary, często leżące poniżej poziomu morza – mało przyjazne dla osady handlowej. Wschodnia strona, od strony Wysoczyzny Elbląskiej, wyglądała zupełnie inaczej. To tam Jagodziński postanowił szukać.
Wsiadł na rower i ruszył w teren. Była wiosna, po deszczach, na polach rosła ozimina. Orka odsłaniała to, co przez wieki skrywała ziemia. I nagle – bursztyn, fragmenty ceramiki, kości zwierzęce. Co więcej, znaleziska pojawiały się na dużym obszarze, około pięciu hektarów. Jak na realia wczesnośredniowiecznych osad pruskich – skala zupełnie niezwykła. To był moment przełomowy.
Pierwsze prace miały charakter ratowniczy. Chodziło o ocalenie tego, co niszczyła nowoczesna gospodarka rolna. Dopiero z czasem możliwe stało się planowanie długofalowych badań. Odkrywano ślady słupów, palenisk, zarysy budynków. Odwierty sondażowe pozwalały określić, gdzie warstwy kulturowe zachowały się najlepiej.
Z biegiem lat obraz Truso stawał się coraz wyraźniejszy. Natrafiono na pozostałości łodzi, regularną zabudowę w postaci długich domów typowych dla Skandynawów, a także bogaty zestaw przedmiotów codziennego użytku i ozdób: charakterystyczne zapinki, grzebienie zdobione w stylu północnym, nity szkutnicze, arabskie monety i odważniki handlowe. Wszystko to jednoznacznie wskazywało na skandynawskich mieszkańców portu.
Prawdziwą rewolucję przyniosły jednak nowe technologie. Georadar, magnetometria, zdjęcia lotnicze i drony ujawniły, że Truso było znacznie większe, niż sądzono – zajmowało niemal 25 hektarów.
Życie w Truso niewiele miało wspólnego z codziennością okolicznych społeczności słowiańskich i bałtyjskich. To nie była osada rolnicza, lecz tętniące życiem centrum handlu i rzemiosła. Mieszkańcy żyli z wymiany towarów, a ich kontakty sięgały daleko poza Bałtyk – aż do świata arabskiego i Europy Zachodniej.
Emporia wikińskie, takie jak Truso, funkcjonowały niczym wczesnośredniowieczne węzły globalizacji. W różnych portach wokół Bałtyku wytwarzano te same przedmioty, używano podobnych narzędzi i technologii. Działały warsztaty jubilerskie, szklarskie, kowalskie, pracownie obróbki kości i poroża. Gdyby ktoś przypłynął do Truso na przełomie IX i X wieku, miałby wrażenie, że znalazł się w miejscu doskonale znanym – mimo że leżało ono na krańcu ówczesnego świata.
Choć odkrycie Truso brzmi jak scenariusz filmowy, Jagodziński daleki jest od porównań do Indiany Jonesa. Zamiast przygody była odpowiedzialność. Warunki naturalne i działalność człowieka sprawiły, że większość elementów organicznych – zwłaszcza drewnianych – uległa zniszczeniu. Każde znalezisko wymagało kosztownej konserwacji. Kluczowe okazało się wsparcie konserwatora zabytków i międzynarodowego środowiska naukowego. Do Elbląga przyjeżdżali badacze z Danii, Niemiec, Szwecji i Polski, dzieląc się wiedzą i literaturą, której w kraju brakowało.
Znaczenie odkrycia Truso trudno przecenić. Badania wskazują, że port założyli Duńczycy już pod koniec VII wieku, na styku świata słowiańskiego i bałtyjskiego. Przez ponad trzy stulecia Truso było jednym z kluczowych punktów handlowych w basenie Bałtyku, korzystając z Wisły jako arterii prowadzącej na Ruś Kijowską, do Bizancjum i Kalifatu Bagdadzkiego.
Coraz więcej dowodów sugeruje, że Truso utrzymywało kontakty z rodzącym się państwem Piastów. Paradoksalnie to właśnie rozwój tej wczesnofeudalnej monarchii przyczynił się do upadku emporium – w XI wieku jego rolę przejął piastowski Gdańsk.
Dziś Truso już nie istnieje, ale dzięki badaniom sprzed 45 lat przestało być legendą. Stało się jednym z najlepiej poznanych wikińskich portów i kluczem do zrozumienia, jak bardzo połączony był świat wczesnego średniowiecza – nawet na pozornych peryferiach Europy.
red./PAP
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze