Kiedy Lionel Messi zdobywa bramkę, miliony kibiców na całym świecie wiedzą, czego spodziewać się za chwilę. Argentyńczyk podnosi wzrok ku niebu, unosi dłonie i przez krótką chwilę wygląda tak, jakby rozmawiał z kimś, kogo nie ma już obok niego od lat. Ten gest nie jest przypadkowy. To hołd dla osoby, która jako jedna z pierwszych dostrzegła w nim coś wyjątkowego. Dziś, gdy Messi świętuje 39. urodziny, warto przypomnieć historię kobiety, bez której świat być może nigdy nie poznałby jednego z najwybitniejszych piłkarzy w dziejach.
Początek tej historii nie rozgrywa się na stadionach Barcelony, w finałach mistrzostw świata ani przy blasku fleszy. Wracamy do Rosario, rodzinnego miasta Messiego, do początku lat 90. To właśnie tam pewnego dnia jego babcia Celia zabrała kilkuletniego wnuka na mecz starszego brata Matíasa.
Na boisku drużyny Grandoli pojawił się niespodziewany problem – brakowało jednego zawodnika. Dla większości byłby to drobny kłopot organizacyjny. Dla Celii stał się momentem, który mógł odmienić historię futbolu.
Trener Salvador Aparicio nie chciał słyszeć o wpuszczeniu na murawę pięcioletniego chłopca. Leo był za młody, a dodatkowo drobniejszy od swoich rówieśników. Babcia nie zamierzała jednak odpuścić. Nalegała, przekonywała i wdawała się w coraz bardziej gorącą dyskusję.
Jak po latach wspominał Ezequiel Assales, jeden z kolegów Messiego z tamtej drużyny, trener w końcu ustąpił. Wystarczyło kilka minut, by wszyscy obecni zrozumieli, że właśnie oglądają dziecko obdarzone wyjątkowym talentem.
Tak zaczęła się historia, która doprowadziła Messiego na szczyt światowego futbolu.
Celia nie była jedynie oddaną babcią stojącą przy linii bocznej. Była najwierniejszą kibicką i najzagorzalszą obrończynią swojego wnuka. To ona kupiła mu pierwsze korki, woziła go na treningi i nie pozwalała nikomu podważać jego marzeń.
A powodów do wątpliwości nie brakowało. W dzieciństwie u Messiego zdiagnozowano niedobór hormonu wzrostu. Chłopiec był wyraźnie mniejszy od rówieśników, dlatego wiele osób uważało, że nie ma fizycznych warunków, by zrobić karierę w piłce.
Celia pozostawała niewzruszona. Widziała coś, czego inni nie dostrzegali – niezwykłą determinację i talent. Wierzyła w niego wtedy, gdy wielu skazywało go na niepowodzenie.
Nie doczekała jednak momentu, w którym jej wnuk został gwiazdą światowego formatu. Zmarła w 1998 roku. Messi miał wówczas zaledwie 11 lat.
Strata była dla niego ogromnym ciosem.
– Bardzo cierpiałem po śmierci mojej babci. Byliśmy ze sobą niezwykle związani. Spędzaliśmy razem całe dnie. Chciałbym, żeby mogła zobaczyć, kim się stałem i jak wygląda moje życie – wspominał po latach w rozmowie z „La Capital de Rosario”.
Choć od śmierci Celii minęły niemal trzy dekady, jej obecność w życiu Messiego wciąż jest bardzo wyraźna. Argentyńczyk wielokrotnie podkreślał, że wszystkie swoje sukcesy dedykuje właśnie jej.
– To ona zapoczątkowała wszystko w Grandoli. Wiem, że gdziekolwiek jest, cieszy się razem ze mną i moją rodziną. Popychała mnie do przodu, kiedy inni nie wierzyli we mnie ze względu na mój wzrost – mówił w programie „En Primera Persona”.
To właśnie dlatego po zdobytych bramkach Messi wykonuje swój charakterystyczny gest. Wskazuje palcami niebo i patrzy w górę.
– Dedykuję moje gole babci. To ona zabrała mnie na piłkę nożną. Dziś nie ma jej już z nami, ale nadal pomaga mnie i całej mojej rodzinie – tłumaczył w rozmowie z TyC Sports.
Dziś Messi ma za sobą niemal wszystko, o czym piłkarz może marzyć. Zdobył mistrzostwo świata, wygrał niezliczone trofea i zapisał się w historii jako jeden z największych zawodników wszech czasów. Jednak w opowieści o jego sukcesach nie ma ważniejszej postaci od kobiety, która pewnego dnia nie zgodziła się usłyszeć słowa „nie”.
Gdyby wtedy odpuściła, historia futbolu mogłaby wyglądać zupełnie inaczej.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze