13 maja 1981 roku świat zatrzymał się na Placu Świętego Piotra. Było kilka minut po godz. 17, gdy podczas środowej audiencji generalnej padły strzały, które na zawsze zmieniły historię pontyfikatu Jana Pawła II i stały się jedną z największych zagadek politycznych XX wieku. Mimo upływu 45 lat wciąż nie udało się jednoznacznie odpowiedzieć na pytanie, kto naprawdę stał za zamachem i kto pociągał za sznurki tureckiego zamachowca Mehmeta Alego Agcy.
Choć oficjalne śledztwa nigdy nie doprowadziły do pełnego wyjaśnienia sprawy, przez dekady coraz więcej tropów prowadziło w stronę Moskwy i służb bloku wschodniego.
Tamtego popołudnia Jan Paweł II, jak co tydzień, objeżdżał plac w otwartym papamobile, pozdrawiając tysiące pielgrzymów z całego świata. Towarzyszyli mu m.in. osobisty sekretarz ks. Stanisław Dziwisz oraz watykańscy współpracownicy. Atmosfera była pogodna i uroczysta — przypadało święto Matki Bożej Fatimskiej.
W pewnym momencie papież pochylił się, by pobłogosławić małą dziewczynkę podawaną przez wiernych. Kilka metrów dalej, wmieszany w tłum, stał 23-letni Mehmet Ali Agca — turecki ekstremista związany ze skrajnie nacjonalistyczną organizacją Szare Wilki. Już wcześniej groził papieżowi śmiercią.
O godz. 17.17 wyciągnął pistolet Browning kaliber 9 mm i oddał strzały z bardzo bliskiej odległości. Kule trafiły Jana Pawła II w brzuch, rękę i palec. Papież osunął się na siedzenie samochodu, a wokół wybuchła panika. Ludzie krzyczeli, płakali, uciekali w popłochu albo padali na kolana do modlitwy.
Wieść o zamachu rozeszła się po Rzymie błyskawicznie. W zatłoczonych autobusach pasażerowie przekazywali sobie dramatyczne informacje: „Strzelali do papieża”.
Agca próbował uciekać. Na chwilę zatrzymała go włoska zakonnica, chwytając go za rękę, ale zdołał się wyrwać. Kilka minut później został obezwładniony przez policję. Krzyczał po angielsku: „I only, I only” — „Tylko ja”. Już wtedy próbował przekonać, że działał sam.
Ranny Jan Paweł II najpierw trafił do watykańskiej przychodni, jednak lekarze błyskawicznie podjęli decyzję o przewiezieniu go do rzymskiej Polikliniki Gemelli. Stan papieża był krytyczny — tracił ogromne ilości krwi.
Do dziś we wspomnieniach świadków wraca chaos tamtych minut. Karetka pędziła przez Rzym bez policyjnej eskorty. W pośpiechu nie przymocowano nawet łóżka, na którym leżał papież. W pewnym momencie przestała działać syrena ambulansu i kierowca torował sobie drogę klaksonem.
Po dotarciu do szpitala pojawił się kolejny dramatyczny epizod — personel przez chwilę nie mógł znaleźć kluczy do sali operacyjnej. Ostatecznie drzwi sforsowano siłą.
Operacja trwała ponad pięć godzin. Lekarze później przyznawali, że papież przeżył dosłownie o milimetry — kula minęła główną tętnicę. Gdy organizm odrzucił pierwszą transfuzję, krew oddawali pracownicy szpitala.
Watykan i cały świat trwały wtedy w napięciu. Na Placu Świętego Piotra tysiące ludzi modliło się o życie papieża.
Kilka dni później Jan Paweł II przemówił ze szpitalnego łóżka. Słabym głosem powiedział słowa, które stały się jednym z najmocniejszych symboli jego pontyfikatu:
„Modlę się za brata, który mnie zranił, a któremu szczerze przebaczyłem”.
Dwa lata później papież odwiedził Agcę w więzieniu Rebibbia. Zdjęcia z ich rozmowy obiegły cały świat.
Sam Mehmet Ali Agca od początku komplikował śledztwo. Wielokrotnie zmieniał wersje wydarzeń, mieszał fakty z fantazjami, przedstawiał się jako Jezus Chrystus i podczas przesłuchań stworzył dziesiątki sprzecznych historii.
Jednocześnie bardzo szybko pojawił się tzw. „bułgarski trop”. Agca utrzymywał, że przed zamachem przebywał w Bułgarii i miał kontakty z ludźmi związanymi z tamtejszymi służbami specjalnymi. Według jednej z hipotez po zamachu miał zostać wywieziony ciężarówką czekającą w pobliżu ambasady Bułgarii w Rzymie.
Włoski proces dotyczący możliwego udziału bułgarskich agentów zakończył się uniewinnieniem oskarżonych z powodu braku wystarczających dowodów. To jednak nie zakończyło spekulacji.
Przez lata coraz częściej wracały informacje o możliwym udziale radzieckich służb specjalnych. Według materiałów CIA już w 1980 roku szef KGB Jurij Andropow miał polecić sprawdzenie możliwości fizycznego zbliżenia się do papieża. W późniejszych latach włoska Komisja Mitrochina uznała, że bułgarskie służby działały na polecenie radzieckiego wywiadu wojskowego GRU, a inspiracja zamachu mogła pochodzić z najwyższych kręgów władz ZSRR.
Także polski Instytut Pamięci Narodowej, prowadzący własne śledztwo od 2006 roku, wskazywał na udział bułgarskiego wywiadu i działania inspirowane przez Związek Radziecki.
Nigdy jednak nie pojawił się dowód, który definitywnie zamknąłby sprawę.
Sam Jan Paweł II po latach pisał, że zamach był „jedną z ostatnich konwulsji XX-wiecznych ideologii przemocy”. W jego przekonaniu za próbą zabójstwa kryła się logika systemów totalitarnych, które obawiały się papieża z Polski i siły, jaką dawał milionom ludzi za żelazną kurtyną.
45 lat po strzałach na Placu Świętego Piotra wiele pytań nadal pozostaje bez odpowiedzi. Wiadomo jednak, że tamten zamach był czymś więcej niż atakiem samotnego fanatyka. Stał się symbolem zimnowojennego starcia ideologii, służb specjalnych i polityki prowadzonej w cieniu wielkiej historii.


Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze