Śmierć Stanisławy Celińskiej poruszyła tysiące ludzi. Dla jednych była wybitną aktorką, dla innych — głosem, który koił, dawał nadzieję i przypominał, że nawet po największym życiowym upadku można jeszcze wszystko odbudować. Przez lata zachwycała talentem, ale dopiero z czasem zaczęła mówić o sobie naprawdę. O bólu, samotności, uzależnieniu i wierze, która — jak sama powtarzała — uratowała jej życie.
Stanisława Celińska nigdy nie budowała wokół siebie pomnika. Nie udawała kobiety bez skaz ani artystki żyjącej ponad codziennymi problemami. Wręcz przeciwnie — otwarcie przyznawała, że przez lata zmagała się z alkoholizmem i zagubieniem, które niemal odebrały jej spokój, zdrowie i sens życia.
W jednej z rozmów podkreślała, że najważniejsze nie jest to, ile razy człowiek upadnie, ale czy znajdzie w sobie siłę, by wstać. Szczególnie mocno wybrzmiało to przy okazji utworu „Wielka słota”, wykonywanego razem z Muńkiem Staszczykiem. Dla wielu słuchaczy ta piosenka stała się czymś więcej niż muzyką — była świadectwem ludzi, którzy przeszli przez ciemność i nauczyli się żyć od nowa.
— Nam obojgu nic, co ludzkie, nie jest obce. Człowieka mogą spotkać różne rzeczy. Ale najważniejsze jest to, co potem. Można upaść, ale trzeba się podnieść i sobie wybaczyć — mówiła.
Po koncertach podchodzili do niej ludzie nie tylko po autografy. Chcieli się przytulić, porozmawiać, opowiedzieć o swoich dramatach. Celińska dawała im coś, czego dziś bardzo brakuje w przestrzeni publicznej — prawdę bez pozy i moralizowania.
Artystka wielokrotnie podkreślała, że prawdziwa przemiana przyszła wraz z zawierzeniem Bogu. Nie mówiła o wierze w sposób pompatyczny czy wyuczony. Raczej spokojnie, prosto, jak ktoś, kto naprawdę przeszedł przez doświadczenie utraty i odzyskania sensu.
— Zaufałam Opatrzności. I od tego momentu moje życie stało się łatwiejsze i piękniejsze — przyznała w jednym z wywiadów.
Dla Stanisławy Celińskiej wiara nie była dodatkiem do życia ani publicznym deklarowaniem religijności. Była codziennym oparciem. Powtarzała, że to właśnie dzięki niej odzyskała spokój, nauczyła się wdzięczności i przestała bać się przyszłości.
W sieci dziś przypominane są także jej niezwykle poruszające słowa wypowiedziane podczas jubileuszu Apelu Jasnogórskiego. Cytował je ks. Jarek Raczak:
„Myślę, że Matka Boska zaprowadziła mnie do swojego Syna, czyli do Chrystusa. I On z kolei dał mi siłę na dalsze życie”.
To zdanie wielu internautów uznało dziś za symboliczne podsumowanie jej duchowej drogi.
Choć zmagała się z różnymi chorobami i słabościami, Stanisława Celińska mówiła, że właśnie późne lata życia stały się dla niej najszczęśliwszym czasem. Nie ukrywała wieku, nie walczyła desperacko z przemijaniem. Uważała, że największym dramatem nie jest starzejące się ciało, lecz „chora dusza”.
Miała w sobie rzadką umiejętność dodawania ludziom otuchy bez taniego optymizmu. Powtarzała, że każdy może zacząć od nowa — nawet po czterdziestce, sześćdziesiątce czy po latach uzależnienia.
Dlatego dla wielu pozostanie nie tylko wybitną aktorką i wokalistką, ale także kimś znacznie ważniejszym — człowiekiem, który własnym życiem udowodnił, że po największym kryzysie można jeszcze odnaleźć światło.
Stanisława Celińska odeszła w wieku 79 lat. Pozostawiła po sobie role, piosenki i wzruszenia, których nie da się zapomnieć. Ale być może najważniejsze jest to, że zostawiła też świadectwo. Ciche, proste i bardzo prawdziwe — że człowiek nigdy nie jest stracony, dopóki ma nadzieję.




Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze