Czasem remis smakuje jak porażka. Czasem jak zwycięstwo. W czwartkowy wieczór w Orlen Arenie miał smak wszystkiego naraz.
Kilka godzin wcześniej w Berlinie Industria Kielce sensacyjnie ograła Füchse. A gdy emocje po tamtym meczu jeszcze nie opadły, do gry weszli mistrzowie Polski. Zadanie? Jeszcze trudniejsze. Po drugiej stronie stanął obrońca trofeum Ligi Mistrzów – SC Magdeburg – zespół, który w tych rozgrywkach wygrał jedenaście spotkań z rzędu. Aż do przyjazdu do Płocka.
Bo w Płocku coś pękło.

Magdeburg przyjechał do Polski z aurą drużyny niemal nietykalnej. W Lidze Mistrzów komplet zwycięstw, w Bundeslidze tempo nie do utrzymania dla większości rywali. Od początku października punkty potrafiło im urwać właściwie tylko THW Kiel z Andreasem Wolffem.
A jednak od pierwszych minut było widać, że to nie będzie wieczór pod dyktando „Gladiatorów”.
Trener Xavier Sabate zaskoczył. Postawił na Siergieja Kosorotowa – zawodnika, który w tym sezonie miał tylko jeden naprawdę wielki występ w Europie. Paradoks? Ten mecz rozegrał właśnie w Magdeburgu. I tam niemal w pojedynkę utrzymał Wisłę przy życiu.
W czwartek znów wyglądał, jakby grał z osobistą misją.

Siódma minuta – cztery gole. Jedenasta – pięć trafień. Kosorotow rzucał z luzem, z pewnością, z bezczelnością snajpera, który czuje, że parkiet należy do niego. Niemcy sprawiali wrażenie zaskoczonych, jakby nie do końca wierzyli, że Rosjanin znów może zrobić im krzywdę.
A Wisła? Prowadziła. Skromnie, jedną, dwiema bramkami, ale prowadziła.
Do tego wrócił Abel Serdio – kluczowe w obliczu kontuzji Dawida Dawydzika. W obronie gospodarze pracowali jak mechanizm zegarka. A gdy Kosorotow na chwilę zwolnił, odpowiedzialność przejął Miha Zarabec. To po jego akcjach zrobiło się 14:11.
Swoje dołożył też Torbjørn Bergerud. Norweg bronił pewnie, spokojnie, bez teatralnych gestów. Po prostu robił swoje. W pewnym momencie Sabate nawet na chwilę wpuścił Mirko Alilovicia tylko na rzut karny – Chorwat obronił próbę Tima Hornkego.
Do przerwy 14:12. I niedosyt. Bo końcówka pierwszej połowy była momentem, w którym Wisła mogła uciec jeszcze dalej. Przez siedem minut nie zdobyła jednak bramki.

Po przerwie obraz gry wcale się nie zmienił. Wręcz przeciwnie.
W 34. minucie było 17:12. Po chwili 18:12. Bennet Wiegert, szkoleniowiec Magdeburga, nie wytrzymał. Już po czterech minutach drugiej połowy wziął czas. Wściekły, czerwony na twarzy, bez cienia dyplomacji wobec swoich zawodników.
Bo to nie był wypadek przy pracy. To była konsekwencja świetnej defensywy Wisły.
Przewaga gospodarzy oscylowała między czterema a sześcioma bramkami. Na dziesięć minut przed końcem – 26:22. Orlen Arena czuła, że dzieje się coś dużego. Że seria mistrza Europy właśnie tu może się skończyć.
Ale w takich momentach doświadczenie waży najwięcej.

Atak Wisły zaczął się zacinać. W środku defensywy Magdeburga Saugstrup i O’Sullivan zamurowali dostęp do koła. Każda bramka kosztowała coraz więcej.
W 56. minucie Philipp Weber rzucił kontaktowego gola. Nagle zrobiło się cicho.
Chwilę później Oscar Bergendahl wyleciał na dwie minuty po uderzeniu Janca w twarz. Pierwsza kara w meczu. Wisła wykorzystała moment – 29:27 na dwie minuty przed końcem.
I wtedy przyszła akcja, która mogła zamknąć mecz.
Zarabec wywalczył rzut karny. 80 sekund do syreny. Melvyn Richardson stanął naprzeciw Sergeya Hernandeza, który pojawił się na parkiecie właściwie tylko na ten moment. Hiszpan wygrał ten pojedynek.
Chwilę później Magdeburg też dostał „siódemkę”. Alilović obronił rzut Muschego. Ale piłka wyszła na aut – Niemcy zachowali posiadanie. Dziesięć sekund przed końcem Gisli Kristjansson doprowadził do remisu. 29:29.
Sabate miał jeszcze jedną naradę. Jedną akcję. Jedną szansę.
Piłka powędrowała na skrzydło. Lovro Mihić mógł zostać bohaterem. Nie trafił.

29:29. Remis, który przerywa perfekcyjną serię Magdeburga. Remis, który daje Wiśle trzecie miejsce w grupie na dwie kolejki przed końcem. Remis, który pokazuje, że mistrz Europy jest do ugryzienia.
Ale też remis, po którym w szatni gospodarzy musiała panować cisza. Bo zwycięstwo było naprawdę o włos. O jedną obronę mniej. O jeden rzut karny więcej. O centymetry.
W niedzielę Wisłę czeka ligowy klasyk z Industrią Kielce. Jeśli zagra z taką obroną i taką odwagą jak przeciwko Magdeburgowi – emocji znów nie zabraknie.
A niemiecki gigant? Wyjechał z Płocka bez zwycięstwa. I z poczuciem, że jego europejska nietykalność właśnie przestała istnieć.

















Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze