Reklama

Repatriantowi odmowa, migrantowi zgoda. Historia Valeriego Rukosueva i paradoks polskiej polityki migracyjnej

Valerii Rukosuev, potomek Polaka zesłanego na Syberię, od ponad roku mieszka w Polsce. Ma polskie korzenie, zna historię i kulturę naszego kraju, chce tu żyć i założyć rodzinę. Mimo to Wojewoda Mazowiecki odmówił mu prawa do pobytu stałego. Powód? Jego wiedza o Polsce została uznana za „encyklopedyczną”. W tym samym czasie Polska otwiera drzwi przed migrantami ekonomicznymi z odległych kontynentów. To trzykrotny paradoks współczesnej polityki migracyjnej.

Valerii Rukosuev nie trafił do Polski przypadkiem. Jego dziadek był represjonowany i zesłany na Syberię. Sam Rukosuev przyjechał do Polski ponad rok temu, by rozpocząć tu nowe życie. Złożył wniosek o pobyt stały na podstawie polskiego pochodzenia. Do akt sprawy dołączył akty urodzenia dziadka i matki, dokumenty potwierdzające narodowość polską przodków, umowy najmu mieszkań w Warszawie, umowę edukacyjną, konto bankowe i dziesiątki faktur świadczących o codziennym funkcjonowaniu w Polsce.

Podczas przesłuchania wykazał się znajomością hymnu, symboli narodowych i podstawowych dat historycznych. To jednak nie wystarczyło. Wojewoda Mazowiecki uznał, że jego wiedza jest „encyklopedyczna, wyuczona na potrzeby przesłuchania” i odmówił prawa do pobytu. Dziś Valerii ma 28 dni na opuszczenie Polski.

Reklama

Czerwona pieczątka – życie w zawieszeniu
Od chwili złożenia wniosku w paszporcie Rukosueva widnieje tzw. „czerwona pieczątka”. To urzędniczy znak, który potwierdza legalny pobyt w Polsce w czasie trwania procedury – ale jednocześnie odbiera możliwość legalnej pracy. W praktyce oznacza to życie w zawieszeniu: wolno mieszkać, ale nie wolno pracować.

Valerii musiał podejmować zajęcia „na czarno”. Wtedy wydarzył się wypadek – niesprawny samochód służbowy przygniótł go podczas pracy. Operacja barku została wyceniona na 17 tysięcy złotych, które musiałby zapłacić sam. Bez ubezpieczenia, bo państwo nie pozwoliło mu zatrudnić się legalnie.

Reklama

— Valerii czekał prawie rok na rozpatrzenie odwołania. Nie jest bogatym człowiekiem, w tym czasie musiał za coś żyć, coś jeść. Czekając na decyzję, nie mógł legalnie pracować - nie pozwalało mu na to państwo. Został zmuszony do pracy w szarej strefie, co naraziło go na dramatyczne konsekwencje. Musiał zapłacić za leczenie szpitalne, ponieważ najechał na niego niesprawny samochód służbowy. Operacja barku przewyższyła jednak jego możliwości finansowe — mówi Maksymilian Rymkiewicz, przyjaciel mężczyzny, który od lat pomaga repatriantom. 

I dodaje: — To tragedia człowieka, potomka zesłańca, który ma udokumentowane polskie pochodzenie, posiada wiedzę o historii i kulturze, który otrzymuje odmowę pobytu i musi opuścić nasz kraj. Pamiętam jeszcze przypadek małżeństwa, kiedy to żona dostała zezwolenie na stały pobyt na podstawie polskiego pochodzenia a mąż dostał odmowę i został deportowany. To paradoks. Osoby z polskim pochodzeniem otrzymują odmowy a z drugiej strony migranci ekonomiczni z Afryki i Ameryki Południowej – bez żadnych związków z polskością, często niechętni integracji i przyjmowaniu lokalnej kultury – otrzymują zezwolenia, bo Polska pilnie potrzebuje rąk do pracy.

Reklama

Repatriacja w teorii i w praktyce
Ustawa o repatriacji i polityka państwa od lat deklarują, że Polska chce sprowadzać potomków Polaków rozsianych po świecie. W praktyce jednak procedury są skomplikowane, a urzędnicy wymagają od kandydatów niemal „dowodu bycia bardziej polskim niż przeciętny Polak”. To sprawia, że repatrianci często rezygnują, zderzając się z biurokratycznym murem.

Milion migrantów na rynku pracy
Równocześnie Polska otwiera się na migrantów ekonomicznych. W 2025 roku w Polsce pracowało już ponad 1,06 mln cudzoziemców – głównie Ukraińców, ale także Białorusinów, Gruzinów, Hindusów, Wietnamczyków czy migrantów z Afryki i Ameryki Południowej. Zapełniają luki w budownictwie, gastronomii czy opiece, stając się niezbędni dla gospodarki. Nikt jednak nie wymaga od nich ani znajomości hymnu, ani historii Polski – wystarczy umowa z pracodawcą i formalności w ZUS.

Reklama

Paradoks
Polska potrzebuje rąk do pracy i nowych mieszkańców, bo społeczeństwo się starzeje. Ale paradoksem pozostaje fakt, że łatwiej o pobyt cudzoziemcowi z odległego kontynentu niż potomkowi polskich zesłańców. Przypadek Valeriego Rukosueva pokazuje rozdźwięk między politycznymi deklaracjami o wspieraniu repatriantów a realiami urzędniczych decyzji.

Cudzoziemcy na polskim rynku pracy w 2025 r.

Na koniec marca 2025 roku w Polsce pracowało już ponad 1,06 mln cudzoziemców. Najliczniejsze grupy to:

Reklama

Ukraińcy – ok. 715 tys. (ok. 67% wszystkich obcokrajowców pracujących w Polsce),

Białorusini – ok. 129 tys.,

Gruzini – ponad 26 tys.,

Hindusi – ponad 20 tys.,

Mołdawianie – ok. 15 tys.,

Rosjanie – ponad 12 tys.,

Wietnamczycy – prawie 10 tys.,

oraz mniejsze, ale rosnące grupy migrantów z Afryki i Ameryki Południowej.

Migranci uzupełniają braki kadrowe m.in. w budownictwie, gastronomii, transporcie i opiece nad osobami starszymi.
źródło: GUS, ZUS

Źródło i opracowanie własne Aktualizacja: 19/09/2025 09:01
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.

Zaloguj się

Najnowsze rolki



Reklama

Wideo WaWa.info




Reklama
Najnowsze wiadomości