Tej wiosny był to moment, którego najbardziej się obawiano. Gdy słupki rtęci zaczęły zbliżać się do zera, w sadach w całej Polsce rozpoczęła się nierówna walka z naturą.
Jeszcze przed godziną 21 było jasne, że to nie będzie zwykły przymrozek. Temperatura spadała w szybkim tempie, a komunikaty między sadownikami brzmiały coraz bardziej alarmująco. W wielu miejscach już wieczorem notowano wartości poniżej zera, a prognozy zapowiadały dalsze ochłodzenie.
Najgorzej było tam, gdzie niebo pozostało całkowicie bezchmurne – na Powiślu Lubelskim i w centralnej Polsce. Tam mróz trzymał najmocniej i najdłużej. W sadach rejonu grójeckiego i radomskiego ujemne temperatury utrzymywały się nawet przez osiem godzin. Przy gruncie spadki sięgały miejscami około -10, a nawet -12 stopni Celsjusza. Dla kwitnących drzew to granica, za którą zaczynają się realne straty.
To nie był jeden moment chłodu, ale długie godziny powolnego przemarzania tkanek roślin. W takich warunkach natura nie daje drugiej szansy.
Gdy temperatura spadała, w sadach zapalały się pierwsze światła. To nie była spokojna noc – to była ciężka, fizyczna praca, często w ciszy przerywanej tylko szumem agregatów i trzaskiem ognia.
Sadownicy robili wszystko, co mogli. Rozstawiali świece parafinowe między rzędami drzew, uruchamiali nagrzewnice, włączali systemy zraszania nadkoronowego. W wielu miejscach unoszący się dym miał stworzyć warstwę ochronną, która choć trochę zatrzyma ciepło przy ziemi. Każdy stopień miał znaczenie.
To praca wymagająca doświadczenia i refleksu – trzeba wiedzieć, kiedy zacząć, jak długo utrzymać ochronę, jak reagować na zmieniające się warunki. A przy tym wytrzymać fizycznie: kilka godzin w zimnie, bez snu, często z poczuciem, że mimo wysiłku efekt jest niepewny.
Bo prawda jest brutalna – przy tak niskich temperaturach nawet najlepsze systemy mają swoje granice. Tam, gdzie mróz utrzymywał się przez wiele godzin, straty mogły być nieuniknione.
Pierwsze informacje z gospodarstw nie napawają optymizmem. Najbardziej ucierpiały drzewa, które były już w fazie kwitnienia – jabłonie, czereśnie, śliwy, grusze. To właśnie wtedy są najbardziej wrażliwe.
W części sadów mówi się o stratach sięgających kilkudziesięciu procent. W najzimniejszych lokalizacjach – zwłaszcza w zagłębieniach terenu – skala zniszczeń może być jeszcze większa. Tam temperatura przy gruncie spadała najniżej i utrzymywała się najdłużej.
Dla wielu gospodarstw oznacza to nie tylko mniejsze zbiory, ale realne problemy finansowe. Mniej owoców to niższe przychody, trudności z realizacją umów i zachowaniem ciągłości sprzedaży. Jedna noc potrafi zaważyć na całym sezonie.
Choć prognozy na kolejne dni są nieco bardziej łagodne i zapowiadają stopniowe ocieplenie, nie zmienia to faktu, że najważniejsze już się wydarzyło. Teraz pozostaje czekać – najpierw na rozwój sytuacji w sadach, potem na dokładne szacunki strat.
Minister rolnictwa Stefan Krajewski zapewnia, że sytuacja jest monitorowana, a pomoc dla poszkodowanych gospodarstw zostanie uruchomiona. Jak podkreśla, podobnie jak w ubiegłym roku, państwo ma zabezpieczone środki, by wesprzeć rolników dotkniętych skutkami przymrozków.
Dla sadowników to jednak niewielkie pocieszenie. Bo choć wsparcie finansowe pomaga przetrwać, nie zastąpi tego, co zostało utracone – miesięcy pracy, zaangażowania i nadziei na dobry sezon.










Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze