W 1972 roku reprezentacja Polski zdobyła złoty medal olimpijski, a dwa lata później zajęła trzecie miejsce na mistrzostwach świata. Zwiastunem tych wspaniałych chwil był sezon 1969/70, w którym Górnik i Legia błysnęły w Europie.
55 lat temu polscy kibice przeżyli sezon, który już się nigdy nie powtórzy, bo prędzej piekło zamarznie niż doczekamy się, że dwa polskie kluby ponownie w jednym miesiącu zagrają w półfinale i finale europejskich pucharów.
A tak było właśnie w sezonie 1969/70 - na początku kwietnia w półfinale Pucharu Europy Mistrzów Krajowych (poprzednik dzisiejszej Ligi Mistrzów) Legia najpierw w Warszawie bezbramkowo zremisowała z Feyenoordem Rotterdam, po czym w Holandii mistrzowie Polski przegrali 0:2. Natomiast 29 kwietnia w Wiedniu rozegrano finał Pucharu Zdobywców Pucharu, w którym Górnik Zabrze zmierzył się z Manchesterem City. Tu też górą byli rywale, którzy zwyciężyli 2:1. Mimo porażek występ Legii i Górnika jest największym sukcesem polskiego klubowego futbolu, chociaż warto zauważyć, że 20 lat później Legii ponownie udało się dotrzeć do półfinału Pucharu Zdobywców Pucharów.
Ale wróćmy do starcia z Feyenoordem, bo ten mecz bardzo wiele zmienił także na... trybunach warszawskiego stadionu.
PECHOWY PRZEMYT DOLARÓW
Co prawda kibice Legii przyszli na Łazienkowską z wieloma transparentami typu „Choć rasowe macie krowy, o zwycięstwie nie ma mowy”, „Chłopcy z Kraju Tulipanów biorą lanie od ułanów” czy „Przeciwnikom tęgie lanie, Legia zagra w Mediolanie” (tam miał być finał), to jednak generalnie był to jedyny przejaw ich inwencji.
Tysiące polskich fanów tworzyły szaro-bury tłum, który ożywał jedynie wtedy, gdy na boisku działo się coś ciekawego. Co innego Holendrzy! Ci byli głośni, rozśpiewani i... kolorowi, bowiem mieli ze sobą kibicowskie gadżety. Sympatycy Legii doskonale to zapamiętali i po meczu z holenderską drużyną w Warszawie narodził się nowy styl kibicowania.
Być może mecz rewanżowy miałby inny, szczęśliwszy, finał, ale podczas kontroli na lotnisku Okęcie celnicy przyłapali bramkarza Władysława Grotyńskiego i napastnika Janusza Żmijewskiego na próbie przemytu około 3000 dolarów (chociaż są źródła mówiące o 2500). Po latach Żmijewski przyznał, że za te dolary chciał kupić samochód marki Wołga. Dlaczego zatem nie zrobił tego w kraju? Bo można ją było kupić tylko za dolary, ale trzeba było udokumentować ich pochodzenie. A Żmijewski kupił dolary od cinkciarzy, więc ich udokumentować nie mógł. Ale wystarczyło „zielone” przemycić za granicę, a podczas powrotu zgłosić je polskiemu celnikowi, by twarda waluta miała już udokumentowane pochodzenie. Ot, jeden z wielu peerelowskich absurdów. Warto wyjaśnić, że wcale nie trzeba było w tym celu jechać na „zgniły” Zachód - przy powrocie ze Związku Radzieckiego zgłoszone polskim celnikom dolary też stawały się legalne, dzięki czemu można je było potem na przykład wpłacić do banku. Lub kupić wymarzoną Wołgę. Oczywiście by je zgłosić, najpierw trzeba było je dobrze ukryć przed radzieckimi celnikami.
W tamtych czasach wielu sportowców zajmowało się kontrabandą, ale celnicy zazwyczaj przymykali oko, gdy u gwiazdy polskiego sportu znaleźli sto dolarów lub jakiś kryształ i wódkę, które były przeznaczone do sprzedania za granicą. Ale co się dziwić, skoro przed meczami z Feyenoordem piłkarzom Legii obiecano - jako premię - po... sześć dolarów. W tej sytuacji 3000 dolarów to już była poważna kontrabanda! W efekcie Grotyński i Żmijewski przed rewanżowym półfinałem do piłki „za bardzo nie mieli głowy”, bo bardziej zajmowały ich rozmyślania o tym, co będzie po powrocie do kraju.
Czy skończy się „tylko” na przepadku pieniędzy (warto jednak wyjaśnić, że 3000 dolarów to była wtedy prawdziwa fortuna, za takie pieniądze domy się kupowało!), czy też polecą ich głowy, czyli wylądują w więzieniu. Ty bardziej że Grotyński już od pewnego czasu był na oku odpowiednich służb, ponieważ miał - delikatnie mówiąc - dość rozrywkowy styl życia. Bramkarz Legii lubił się bawić i wydawać pieniądze, był częstym gościem luksusowej restauracji Adria, a po Warszawie rozbijał się Fordem Mustangiem. I to w czasach, gdy większość rodaków marzyła o Syrence, która była dla nich często - dodajmy - marzeniem nie do zrealizowania!
Ostatecznie afera na Okęciu skończyła się dobrze, bo chociaż odbył się proces, to obaj piłkarze za kraty nie trafili. Ale do czasu...
WIĘZIENIE ZAMIAST OLIMPIADY
Przemytem zajmowało się wielu sportowców, więc dla koszykarzy Legii też nie był to nieznany temat. A gdzie drwa rąbią, tam wióry lecą, więc jeden z nich został złapany na próbie przemytu złota. Podczas przesłuchania wśród tych, którzy w ten interes byli zaangażowani, koszykarz wymienił m.in. obu piłkarzy Legii. W efekcie Żmijewski spędził w więzieniu osiem miesięcy, a Grotyński dwa lata, chociaż został skazany na pięć. Skrócenie kary to to zasługa Jacka Gmocha, ówczesnego trenera-konsultanta Zagłębia Sosnowiec, które z ośmioma punktami po rundzie jesiennej zajmowało ostatnie miejsce w ekstraklasie. M.in. dzięki Grotyńskiemu Zagłębie uratowało się ostatecznie przed spadkiem, a on sam rok później zakończył pierwszoligową karierę, po czym w latach 1977-79 grał jeszcze w Mazurze Karczew, którego był wychowankiem.
Więzienie przerwało jednak karierę znakomitego bramkarza, który wiosną 1970 roku nie stracił gola przez 762 minuty. Grotyński stracił jednak szansę na wyjazd na olimpiadę w Monachium, gdzie polscy piłkarze w 1972 roku zdobyli złoty medal, oraz na mistrzostwa świata, na których podopieczni Kazimierza Górskiego zajęli trzecie miejsce.
Po zakończeniu kariery, którą chciał jeszcze kontynuować w USA, ale nie dostał paszportu, zajął się... nielegalnym wówczas handlem walutą - codziennie można go było spotkać przed warszawskim Domem Chłopa, gdzie Grotyński miał swój „kantor”. Był to nerwowy biznes, na dodatek były bramkarz nie wylewał za kołnierz, w efekcie zmarł w 2002 roku w wieku zaledwie 57 lat.
Natomiast Janusz Żmijewski, który w Legii zagrał w 300 oficjalnych meczach (236 w I lidze) i strzelił 80 bramek (60 w lidze), po wyjściu z więzienia trafił do Ruchu Chorzów. Potem były jeszcze inne kluby niższych klas, po czym wyjechał do Kanady, gdzie mieszka do dzisiaj, a w 2008 roku został włączony do Galerii Sław Legii.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze