Reklama

Will.I.Am zachwycony Warszawą

Są zespoły, które po latach żyją głównie wspomnieniami. Są też takie, które potrafią zamienić katalog starych hitów w wydarzenie, o którym mówi się jeszcze długo po zejściu ze sceny. Black Eyed Peas w Warszawie pokazali, że zdecydowanie należą do tej drugiej grupy.

Drugi dzień Warsaw Music Festival miał wielu wykonawców, ale tylko jedną prawdziwą gwiazdę wieczoru. Gdy na scenie pojawili się Will.I.Am, Apl.de.Ap i Taboo, stadion Legii błyskawicznie zamienił się w gigantyczny parkiet. Przez ponad godzinę trudno było znaleźć kogokolwiek, kto stałby bez ruchu. Publiczność od pierwszych minut wiedziała, że przyszła na koncert zespołu, który doskonale rozumie, czym jest rozrywka.

Hity zamiast sentymentów

Black Eyed Peas nie zamierzali budować napięcia. Nie było długich przemów, teatralnych wejść ani przeciągających się wstępów. Zamiast tego od razu ruszyli z repertuarem, który przez lata podbijał listy przebojów na całym świecie.

Reklama

"Let's Get It Started" wybrzmiało niemal na otwarcie, a później było już tylko intensywniej. "Boom Boom Pow", "Rock That Body", "RITMO", "Mamacita" czy "Pump It" pojawiały się jedna po drugiej, nie dając publiczności czasu na złapanie oddechu. Koncert przypominał bardziej niekończącą się imprezę niż klasyczny występ festiwalowy.

Oczywiście nie dało się uciec od porównań do czasów, gdy skład uzupełniała Fergie. Jej charakterystycznego głosu momentami brakowało, szczególnie podczas największych przebojów sprzed kilkunastu lat. J. Rey Soul nie próbuje jednak kopiować poprzedniczki i to prawdopodobnie najlepsza decyzja, jaką mogła podjąć. Zamiast rywalizować ze wspomnieniami fanów, stawia na własny styl. A ze wspomnieniami i tak nikt nie wygra.

Reklama

Zespół znalazł jednak skuteczniejszy sposób na wypełnienie tej luki. Energią. Taką, która mogłaby zasilić pół miasta.

Jeden utwór i stadion eksplodował

Jednym z najbardziej zaskakujących momentów wieczoru okazał się fragment poświęcony solowej twórczości Will.I.Ama. Gdy na telebimach pojawiła się gigantyczna podobizna Britney Spears, publiczność natychmiast domyśliła się, co za chwilę nastąpi.

"Scream & Shout" wywołało reakcję, której nie powstydziłby się żaden współczesny przebój. To jeden z tych utworów, które mimo upływu lat działają niemal automatycznie. Wystarczy kilka pierwszych sekund, by tysiące ludzi zaczęły śpiewać refren.

Reklama

Później przyszła pora na kolejne klasyki. "The Time (Dirty Bit)", "Don't Stop The Party" i oczywiście "I Gotta Feeling" zamieniły stadion w wielki zlot pokolenia wychowanego na playlistach końcówki lat 2000. Nie było znaczenia, ile lat minęło od premiery tych piosenek. Każdy znał słowa. Każdy wiedział, kiedy podnieść ręce. Każdy czekał na swój ulubiony moment.

Właśnie wtedy najłatwiej było zrozumieć fenomen Black Eyed Peas. To nie jest zespół, który sprzedaje nostalgię. To grupa, która sprawia, że stare przeboje wciąż brzmią jak soundtrack do najlepszej imprezy życia.

Reklama

Will.I.Am o Warszawie: „Możecie być dumni”

Największym zaskoczeniem wieczoru nie były jednak hity, lecz słowa samego Will.I.Ama.

Przez lata zagraniczne gwiazdy przyzwyczaiły publiczność do obowiązkowych komplementów pod adresem miasta czy fanów. Tym razem brzmiało to inaczej. Lider Black Eyed Peas sprawiał wrażenie człowieka, który rzeczywiście zdążył poznać Warszawę, a nie tylko przejechać przez nią w drodze na koncert.

– Macie przepiękne miasto. Warszawa jest piękna. Przez ostatnie dwa dni spacerowałem po mieście, odwiedzałem sklepy, oglądałem centrum. Możecie być dumni z tego, skąd pochodzicie – mówił do publiczności.

Reklama

Kilka chwil później nawiązał również do swojej wizyty w warszawskim Nobu i przeszedł do tematu równości oraz wzajemnego szacunku.

– Wiem, że nie zawsze jest łatwo, ale pamiętajcie, że miłość jest równa. Wszyscy musimy się szanować. Jesteśmy jednością – mówił ze sceny.

Słowa te stały się naturalnym wstępem do "Where Is The Love?". I właśnie wtedy imprezowy charakter koncertu na moment ustąpił miejsca refleksji. Utwór, który ma już ponad dwie dekady, zabrzmiał zaskakująco aktualnie. W świecie pełnym konfliktów, napięć i podziałów jego przesłanie wybrzmiewa dziś równie mocno jak w dniu premiery.

Reklama

Na finał publiczność dostała dokładnie to, na co czekała. "Meet Me Halfway" i "I Gotta Feeling" zamknęły występ w najlepszy możliwy sposób. Jedynym prawdziwym problemem koncertu było to, że skończył się szybciej, niż wielu by sobie życzyło.

Choć sama infrastruktura Warsaw Music Festival momentami wydawała się zbyt skromna dla zespołu tej klasy, Black Eyed Peas udowodnili coś bardzo prostego. Nie zawsze potrzeba gigantycznych ekranów, futurystycznej scenografii i produkcji wartej miliony dolarów. Czasem wystarczy kilkanaście przebojów, ogromna charyzma i doświadczenie zdobywane przez ponad dwadzieścia lat na największych scenach świata.

Reklama

A tego Black Eyed Peas wciąż mają pod dostatkiem.

Źródło: kultura.wp.pl
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.

Zaloguj się

Najnowsze rolki



Reklama

Wideo WaWa.info




Reklama
Najnowsze wiadomości