Budowa tramwaju na Gocław miała być odpowiedzią na jeden z największych transportowych problemów prawobrzeżnej Warszawy. Dziś jednak projekt, który według ratusza ma poprawić codzienne życie dziesiątek tysięcy mieszkańców, stał się źródłem jednego z najgłośniejszych lokalnych sporów.
W planach jest 3,6 kilometra nowego torowiska, szybkie połączenie z centrum i przejazd skrócony do niespełna 20 minut. Po drugiej stronie są działkowcy, mieszkańcy Saskiej Kępy i obrońcy zieleni, którzy przekonują, że cena za tę inwestycję może okazać się zbyt wysoka.
Prace budowlane mają rozpocząć się w 2027 roku.
Trudno znaleźć w Warszawie drugie tak duże osiedle, które pozostaje całkowicie odcięte od transportu szynowego. Na Gocławiu mieszka około 60 tysięcy osób, a liczba mieszkańców stale rośnie. Mimo to jedynym środkiem transportu publicznego pozostają autobusy.
Władze miasta od lat przekonują, że taka sytuacja nie może trwać w nieskończoność. Stąd pomysł budowy tramwaju, który połączy Gocław z centrum przez aleję Waszyngtona i most Poniatowskiego.
Według Tramwajów Warszawskich nowa trasa ma w godzinach szczytu przewozić ponad 3 tysiące pasażerów na godzinę w jednym kierunku. W zależności od zastosowanych rozwiązań przejazd do Śródmieścia ma zajmować od około 18 do 22 minut.
To właśnie argument o przepustowości pojawia się najczęściej w wypowiedziach miejskich urzędników. Tramwaje przewożą więcej pasażerów niż autobusy, są mniej podatne na korki, a dodatkowo mają być bardziej komfortowe i przyjazne środowisku. Inwestycja obejmie także modernizację istniejących przystanków pod kątem dostępności dla osób z niepełnosprawnościami.
Koszt przedsięwzięcia szacowany jest obecnie na co najmniej 400 mln zł, choć coraz częściej mówi się o kwocie bliższej 600–650 mln zł.
Choć inwestycja ma wielu zwolenników, największe emocje od lat budzi jej przebieg wzdłuż Kanału Wystawowego.
Aby poprowadzić torowisko przez ten teren, konieczna będzie likwidacja części Rodzinnych Ogrodów Działkowych. Jak wynika z informacji podawanych przez media, z mapy zniknie 117 ogródków działkowych.
Dla miasta jest to fragment większego projektu infrastrukturalnego. Dla wielu działkowców – utrata miejsca, z którym związani są od kilkunastu, a czasem nawet kilkudziesięciu lat.
Choć właściciele altan i nasadzeń otrzymają odszkodowania, nie przewidziano dla nich działek zamiennych. Takiego obowiązku nie nakładają przepisy.
To właśnie ten aspekt inwestycji wywołuje największy sprzeciw. Dla części mieszkańców ogródki nie są jedynie kawałkiem ziemi. To miejsce odpoczynku, spotkań rodzinnych i kontaktu z naturą w coraz gęściej zabudowanej części miasta.
Kontrowersje budzi również planowana wycinka drzew. Według obecnych założeń usuniętych ma zostać 341 drzew, a 45 kolejnych zostanie przesadzonych.
Zwolennicy inwestycji zwracają jednak uwagę na skalę całego obszaru. W sąsiedztwie planowanej trasy znajduje się około 1250 działek ROD zajmujących łącznie 56 hektarów. Oznacza to, że likwidacja obejmie niespełna 10 proc. całego kompleksu.
Miasto podkreśla również, że w zamian za wyciętą zieleń posadzone zostaną nowe drzewa i tysiące krzewów. Dodatkowo większość trasy ma zostać wykonana w formie zielonego torowiska.
Jednym z elementów projektu jest także utworzenie pasa zieleni pomiędzy torowiskiem a ogródkami działkowymi. W przyszłości ma tam powstać park linearny. Problem w tym, że mieszkańcy skorzystają z niego dopiero kilka lat po uruchomieniu tramwaju. Według obecnych planów park ma zostać oddany dopiero około 2032 roku.
Przeciwnicy inwestycji nie ograniczają się wyłącznie do argumentów związanych z zielenią.
Wielu mieszkańców uważa, że Gocław już dziś posiada całkiem sprawne połączenia autobusowe. Wskazują, że przejazd liniami ekspresowymi do centrum zajmuje często podobny czas do tego, który obiecują projektanci tramwaju.
Pojawiają się także obawy, że po uruchomieniu nowej trasy część popularnych połączeń autobusowych zostanie ograniczona lub całkowicie zlikwidowana. Dla mieszkańców oznaczałoby to utratę bezpośrednich dojazdów do miejsc, z których korzystają na co dzień.
Jeszcze inny argument dotyczy metra. Część mieszkańców od lat przekonuje, że Gocław potrzebuje przede wszystkim trzeciej linii metra, a nie kolejnej trasy tramwajowej. W ich opinii budowa torowiska może stać się wygodnym pretekstem do odsuwania w czasie znacznie ambitniejszej inwestycji.
Ratusz odpowiada, że oba projekty nie wykluczają się wzajemnie. Co więcej, mają obsługiwać nieco inne kierunki podróży. Tramwaj ma zapewnić szybki dojazd do ścisłego centrum przez most Poniatowskiego, podczas gdy planowana linia metra obsłuży większą część Pragi-Południe i połączy ją ze Stadionem Narodowym oraz istniejącą siecią podziemnej kolei.
Władze miasta zwracają też uwagę na zjawisko określane jako syndrom NIMBY – od angielskiego „Not In My Backyard”, czyli „nie na moim podwórku”. Chodzi o sytuację, w której mieszkańcy popierają inwestycję co do zasady, ale sprzeciwiają się jej lokalizacji w pobliżu własnego miejsca zamieszkania.
Trudno jednak sprowadzać cały konflikt wyłącznie do tego zjawiska. Dla jednych tramwaj oznacza szybszy i wygodniejszy transport. Dla innych – utratę działki, zmianę krajobrazu lub obawę o spadek komfortu życia.
To właśnie dlatego spór o tramwaj na Gocław trwa już od wielu lat i prawdopodobnie nie zakończy się wraz z rozpoczęciem budowy. Jedno jest jednak niemal pewne: jeśli miasto dotrzyma obecnych deklaracji, w 2027 roku koparki wjadą na teren inwestycji, a Warszawa rozpocznie realizację projektu, który może na dekady zmienić komunikacyjną mapę prawobrzeżnej części stolicy.

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze