Reklama

Trzymała go za rękę. Sekundę później wszystko się skończyło

To miał być zwyczajny poniedziałek. Taki, który niczym się nie wyróżnia — powrót z pracy, odbiór dzieci, szybkie zakupy, kolacja w domu. 19 stycznia na warszawskim placu Szembeka wszystko wyglądało dokładnie tak, jak każdego innego dnia. Aż do momentu, w którym jedna chwila zniszczyła kilka ludzkich historii.

Rozpędzony samochód osobowy wjechał na chodnik, gdzie stali piesi czekający na zielone światło. Uderzenie było nagłe i potężne. Najpierw huk, potem krzyk, chaos i bezradność. Świadkowie mówią, że nikt nie miał szans zareagować — wszystko wydarzyło się w ułamku sekundy.

Na miejscu natychmiast zaczęła się walka o życie poszkodowanych. Ktoś próbował udzielać pierwszej pomocy, ktoś inny dzwonił po karetkę, reszta stała w szoku, nie do końca rozumiejąc, co właśnie się stało. Pięć osób trafiło do szpitala.

Reklama

Najtragiczniejszy bilans poniósł sześcioletni chłopiec.

Wracali razem, trzymając się za rękę

Chłopiec wracał z mamą z przedszkola. Szli obok siebie, jak każdego dnia. Przed nimi był już tylko tramwaj i kilka minut drogi do domu. To miał być koniec zwykłego dnia — zamiast tego stał się jego ostatnim momentem.

Mimo natychmiastowej pomocy i wysiłków ratowników życia dziecka nie udało się uratować. Jego mama, podobnie jak pozostali poszkodowani, została przewieziona do szpitala.

— Samochód nagle znalazł się na chodniku. To było kompletnie niespodziewane. Nie było gdzie uciec — opowiada jedna z osób, które widziały wypadek.

Reklama

Czekała na nią córeczka

Wśród rannych jest także Karolina — młoda kobieta, która w chwili zdarzenia wracała do domu do swojej kilkuletniej córki. Teraz sama leży w szpitalu i czeka na operację.

— Jest przytomna, można z nią rozmawiać, ale niewiele pamięta z samego wypadku. Lekarze mówią o wstrząśnieniu mózgu i innych obrażeniach — mówi jej mama.

To ona przejęła opiekę nad wnuczką.

— Mała codziennie pyta, kiedy mama wróci. Widać, że bardzo za nią tęskni. Trudno wytłumaczyć dziecku, dlaczego nagle wszystko się zmieniło — dodaje.

Reklama

Cisza, znicze i pluszaki

Dziś plac Szembeka wygląda inaczej. Na rogu ulic Grochowskiej i Zamienieckiej płoną znicze. Ludzie zatrzymują się, odkładają kwiaty, pluszowe zabawki, czasem kartkę z kilkoma słowami. Nie trzeba wiele mówić — cisza mówi więcej niż komentarze.

Dla mieszkańców okolicy to miejsce już zawsze będzie kojarzyć się z tragedią. Z przypomnieniem, że zwykły powrót do domu może w jednej chwili zamienić się w dramat, którego nikt się nie spodziewał.

Bo tego dnia ktoś nie wrócił do swojego dziecka.
A ktoś inny stracił je na zawsze.

Reklama

 

 

 

Źródło: fakt.pl

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.

Zaloguj się

Najnowsze rolki



Reklama

Wideo WaWa.info




Reklama
Najnowsze wiadomości