Pod hasłami troski o zdrowie publiczne i bezpieczeństwo w miastach trwa w Polsce cicha wojna o dostęp do jednego z najbardziej dochodowych rynków – sprzedaży alkoholu. Taką tezę stawiają eksperci Warsaw Enterprise Institute, którzy w najnowszym raporcie przekonują, że nocne zakazy sprzedaży alkoholu w rzeczywistości przyspieszają konsolidację handlu w rękach wielkich sieci kosztem małych, lokalnych przedsiębiorców.
Oficjalnie nocna prohibicja ma ograniczać przestępczość i alkoholizm. WEI twierdzi jednak, że pod tą narracją kryje się walka o gminne zezwolenia na sprzedaż alkoholu – dobra rzadkiego i coraz bardziej deficytowego.
Każda gmina ustala bowiem sztywny limit koncesji na handel alkoholem – osobno dla sklepów i gastronomii. Gdy limit zostaje wyczerpany, nowy punkt sprzedaży może powstać tylko wtedy, gdy inny wypadnie z rynku. A w największych miastach zapasów już praktycznie nie ma.
Z danych z listopada 2025 r. wynika, że w Gdańsku przy limicie 2,5 tys. zezwoleń wykorzystano 2 443, we Wrocławiu – 3 199 z 3 375 możliwych, a w Warszawie 8 783 z 9 480.
To oznacza, że rynek jest zamknięty. A w takiej sytuacji – jak zauważa WEI – jedyną drogą rozwoju dla dużych sieci jest przejmowanie koncesji po słabszych graczach.
W Warszawie działa około 400 małych sklepów osiedlowych, których główną przewagą konkurencyjną jest możliwość sprzedaży alkoholu w nocy. Gdy wchodzi nocna prohibicja, ich model biznesowy się załamuje.
– Przy wyczerpanych limitach koncesji jedynym sposobem ekspansji dużych sieci jest przejęcie zezwoleń po mniejszych. Nocna prohibicja, która dramatycznie obniża rentowność osiedlowych sklepów, idealnie ten proces przyspiesza – mówi wiceprezes WEI Piotr Palutkiewicz.
Podobnie wygląda sytuacja ze stacjami paliw, które funkcjonują w tym samym systemie limitów co sklepy. Gdy sprzedaż alkoholu na stacjach zostaje zakazana lub przestaje się opłacać, koncesje wracają do puli – ale tylko formalnie.
– W praktyce są natychmiast przejmowane przez sieci handlowe, dla których alkohol to kluczowy generator ruchu i marży – podkreśla WEI.
Według szacunków think tanku zakaz sprzedaży alkoholu na stacjach paliw uwolniłby aż 7,9 tys. koncesji w skali kraju – które w zdecydowanej większości trafiłyby do dużych sieci. Jednocześnie całkowita konsumpcja alkoholu nie uległaby zmianie, bo – jak pokazują doświadczenia innych państw – ograniczanie godzin i kanałów sprzedaży nie wpływa na łączny poziom spożycia.
– To nie jest polityka zdrowotna. To czyszczenie rynku – ocenia WEI.
Analityk instytutu Andrzej Strojny zauważa, że samorządy rzeczywiście chcą poprawiać bezpieczeństwo, ale efektem ubocznym jest głęboka zmiana struktury rynku:
– Koncesje odbierane małym sklepom i stacjom nie znikają. Przechodzą w ręce zorganizowanych grup kapitałowych. To cicha, administracyjna konsolidacja.
WEI dodaje, że popyt na alkohol nie zniknie – a ograniczenia w legalnym handlu wzmacniają także szarą strefę.
Tymczasem skala nocnej prohibicji szybko rośnie. W latach 2018–2024 wprowadziło ją ok. 180 gmin. W 2025 r. padł rekord. Od listopada zakaz obowiązuje już w części Warszawy, a od czerwca ma objąć całe miasto. W 2026 r. dołączą m.in. Opole, Koło i Kielce.
Co istotne, dane Krajowego Centrum Przeciwdziałania Uzależnieniom pokazują, że spożycie alkoholu i tak spada – z 9,73 litra czystego alkoholu na osobę w 2021 r. do 8,93 litra w 2023 r., czyli do najniższego poziomu od 2006 r.
– Skoro konsumpcja maleje, a mimo to wprowadza się coraz ostrzejsze zakazy, trudno nie zadać pytania o ich prawdziwy cel – konkluduje WEI.
Instytut podkreśla, że nocna prohibicja realnie zmniejsza liczbę interwencji policji i poprawia subiektywne poczucie bezpieczeństwa – co potwierdzają dane KCPU. Jednocześnie jednak staje się narzędziem głębokiej przebudowy rynku, w której mali przedsiębiorcy przegrywają z dużymi sieciami.
red./PAP
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze