Reprezentacja Polski zaczęła EuroBasket z wysokiego „C”. Zespół trenera – dzięki dyscyplinie w obronie, realizacji planu i szerokiemu wkładowi punktowemu – pokonał w katowickim Spodku naszpikowaną gwiazdami Słowenię 105:95. Gospodarze wygrali trzy z czterech kwart i pokazali, że kolektyw potrafi zneutralizować nawet największą indywidualność rywali.
Atmosfera w Spodku była elektryzująca – bilety wyprzedały się błyskawicznie, a hałas trybun od pierwszej akcji niósł biało-czerwonych. Zadanie numer jeden: utrudnić życie liderowi Słoweńców. Podwojenia, twarde rotacje i szybkie ręce w pomocy robiły różnicę, a w ataku Polacy od początku trafiali z dystansu.
Start należał do Mateusza Ponitki i Jordana Loyda – seria celnych trójek dała prowadzenie 29:25 po pierwszej kwarcie (trójka Kamila Łączyńskiego równo z syreną!). Po przerwie gospodarzom udało się odskoczyć: pięć szybkich punktów Andrzeja Pluty, skuteczne wolne Aleksandra Balcerowskiego, a u Słoweńców – frustracja. Techniczne faule dla ich lidera i trenera tylko podgrzały atmosferę. Polska kontrolowała rytm i po półgodzinie gry było 80:69.
W czwartej kwarcie goście zbliżyli się na siedem oczek, ale Ponitka odpowiedział trójką, a twarda obrona (m.in. niesportowy faul Nikoilicia) zatrzymała pościg. Trafienia Balcerowskiego i Ponitki ponownie otworzyły przewagę (93:82), a Polacy dowieźli zwycięstwo do końca, ku ekstazie trybun – Spodek „odleciał”.
Polska – Słowenia 105:95 (29:25, 18:21, 33:23, 25:26)
Polska: Loyd 32, Ponitka 23, Pluta 15, Sokołowski 8, Balcerowski 11 oraz: Olejniczak 2, Gielo 4, Łączyński 4, Żołnierewicz 6; Dziewa, Michalak.
Polacy wygrali dzięki energii, konsekwencji i szerokiej ławce. Na starcie turnieju wysłali jasny sygnał: kiedy zespół gra jak monolit, nawet największa gwiazda po drugiej stronie parkietu nie wystarczy.
red./sport.interia.pl
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze