Reklama

Niemcy bez sentymentów wobec niepokornych

Czwartkowy wyrok Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej dotyczący polskiego Trybunału Konstytucyjnego został w Niemczech przyjęty z wyraźnym poczuciem satysfakcji. Niemiecki dziennik Frankfurter Allgemeine Zeitung napisał wprost: Unia Europejska nie jest imperium, do niej się przystępuje dobrowolnie, a kto nie chce respektować zasad, może z niej odejść. Przykład? Wielka Brytania.

Formalnie wszystko się zgadza. W praktyce jednak trudno nie odnieść wrażenia, że coraz częściej jest to komunikat kierowany tylko w jedną stronę. Do tych, którzy mają inne spojrzenie na integrację, suwerenność i rolę instytucji unijnych.

Komentator „FAZ”, Stephan Loewenstein, przekonywał, że wyrok TSUE – choć dotyczy działań poprzedniego rządu w Warszawie – ma znaczenie znacznie szersze. Chodzi o fundament Unii: praworządność i podporządkowanie się wspólnemu porządkowi prawnemu. I tu pojawia się pytanie: czy wspólnemu – czy raczej temu, który najsilniejsi uznają za obowiązujący?

Reklama

Autor podkreślał, że Unia to projekt dobrowolny, ale jednocześnie jasno zaznaczał, że kto jest „w środku”, musi grać według ustalonych reguł. Problem w tym, że reguły te coraz częściej interpretowane są centralnie, a margines dla narodowej odmienności systematycznie się kurczy. Z perspektywy Berlina to zapewne naturalny kierunek. Z perspektywy państw Europy Środkowej – już niekoniecznie.

W niemieckiej narracji regularnie powraca też porównanie z Węgrami. Zanim Polska znalazła się pod ostrzałem instytucji unijnych, podobne zmiany w wymiarze sprawiedliwości przeprowadzał rząd Viktor Orbán. Różnica? W Budapeszcie robiono to ciszej, ostrożniej i – jak sugerują niemieccy komentatorzy – sprytniej. Przekaz jest czytelny: nie problem w tym, co się robi, ale jak bardzo rzuca się to w oczy Brukseli.

Reklama

Co ciekawe, w niemieckiej debacie chętnie pomija się fakt, że to właśnie niemiecki Trybunał Konstytucyjny w Karlsruhe jako pierwszy odważył się zakwestionować działania instytucji unijnych, wydając głośny wyrok „ultra vires”. Gdy jednak na ten precedens zaczęły powoływać się Warszawa i Budapeszt, szybko okazało się, że analogia jest „niedopuszczalna”. Bo to co wolno największym, niekoniecznie wolno innym.

Jeszcze dalej poszła Süddeutsche Zeitung, która nazwała wyrok TSUE sensacją i przytoczyła słowa rzecznika generalnego Dean Spielmann o „bezprecedensowej rebelii” polskiego Trybunału Konstytucyjnego. Padają mocne słowa, ale coraz rzadziej pojawia się refleksja, skąd ta rebelia się wzięła i dlaczego w części Europy narasta poczucie, że Unia przestaje być wspólnotą równych państw.

Reklama

Z perspektywy Berlina wszystko wygląda klarownie: Unia to projekt reguł, kontroli i jednolitych standardów. Projekt, który – co warto przypomnieć – Niemcy popierają od dekad jako alternatywę dla siłowej dominacji. Pokojowe zarządzanie Europą zamiast wojen. Idea szlachetna, pytanie tylko, czy dla wszystkich oznacza to samo.

Bo jeśli komunikat brzmi dziś: „albo pełne podporządkowanie, albo drzwi są otwarte”, to trudno oprzeć się wrażeniu, że nie wszystkim w tej Unii naprawdę zależy na tym, by każdy został. A już na pewno nie na uczciwych warunkach.


red./PAP

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.

Zaloguj się

Najnowsze rolki



Reklama

Wideo WaWa.info




Reklama
Najnowsze wiadomości