Mars od lat pozostaje największym marzeniem współczesnej astronautyki. Wizje pierwszych ludzi stawiających stopę na Czerwonej Planecie pobudzają wyobraźnię naukowców, polityków i milionów pasjonatów kosmosu na całym świecie. Jednak zdaniem Eileen Collins – jednej z najbardziej zasłużonych amerykańskich astronautek – droga na Marsa jest znacznie dłuższa, niż wielu chciałoby wierzyć.
Pierwsza kobieta, która objęła dowództwo promu kosmicznego NASA, odwiedziła w czerwcu Poznań, gdzie była gościem Festiwalu Fantastyki Pyrkon. Podczas spotkań z uczestnikami wydarzenia, a także rozmowy z PAP, dzieliła się doświadczeniami z ponad trzech dekad związanych z podbojem kosmosu. Jej zdaniem największym błędem byłoby dziś zbyt szybkie skierowanie wzroku wyłącznie na Marsa.
Collins nie ma wątpliwości: zanim ludzkość podejmie próbę wysłania załogowej misji na Marsa, musi nauczyć się żyć i pracować na Księżycu.
Jak podkreśla, to właśnie tam można sprawdzić rozwiązania, które w przyszłości zdecydują o powodzeniu wielomiesięcznej podróży międzyplanetarnej. Chodzi nie tylko o technologie, ale przede wszystkim o człowieka i jego zdolność funkcjonowania w ekstremalnym środowisku.
Astronautka zwraca uwagę, że wciąż nie wiemy wystarczająco dużo o długotrwałym wpływie kosmosu na organizm. Problemem pozostaje promieniowanie, księżycowy pył, ograniczona grawitacja, a także izolacja psychiczna czy opóźnienia w komunikacji z Ziemią. Wszystkie te wyzwania będą jeszcze większe podczas lotu na Marsa.
Jej zdaniem właśnie dlatego powrót człowieka na Księżyc ma tak ogromne znaczenie. To nie cel sam w sobie, lecz etap przygotowań do znacznie ambitniejszej wyprawy.
W tym procesie kluczową rolę odgrywa Międzynarodowa Stacja Kosmiczna. To tam od lat prowadzone są badania nad reakcją ludzkiego organizmu na długotrwały pobyt poza Ziemią. Naukowcy analizują m.in. osłabienie mięśni i serca, utratę masy kostnej, zmiany w krążeniu płynów ustrojowych oraz problemy ze wzrokiem.
Jak zauważa Collins, może brzmieć to banalnie, ale najważniejszym zadaniem przyszłych misji jest po prostu zapewnienie astronautom możliwości przeżycia. Im dłużej człowiek przebywa w przestrzeni kosmicznej, tym więcej pojawia się zagrożeń, które trzeba zrozumieć i ograniczyć.
Choć wielu ludzi marzy o doświadczeniu stanu nieważkości, rzeczywistość nie zawsze przypomina sceny z filmów science fiction.
Collins przyznaje, że unoszenie się w powietrzu należy do najbardziej fascynujących aspektów pobytu na orbicie. Jednocześnie pierwsze dni po dotarciu do kosmosu bywają wyjątkowo trudne. Astronauci muszą nauczyć się poruszać w środowisku, w którym każda czynność wygląda inaczej niż na Ziemi.
Najprostsze przedmioty nagle znikają z pola widzenia, unosząc się swobodnie po kabinie. Długopis odłożony na chwilę może po kilku minutach znajdować się w zupełnie innym miejscu. Zderzenia ze ścianami czy innymi członkami załogi są na początku codziennością.
To jednak tylko część problemów. W warunkach mikrograwitacji dochodzi do przesunięcia płynów w organizmie. Twarz staje się opuchnięta, nogi wydają się cieńsze, a kręgosłup nieznacznie się wydłuża. U części astronautów powoduje to bóle pleców. Niektórzy przez pierwsze dni niemal całkowicie tracą apetyt z powodu tzw. choroby kosmicznej.
Sama Collins wspomina, że jej organizm potrzebował około trzech dni, aby w pełni zaadaptować się do nowych warunków.
Jednym z bardziej zaskakujących wspomnień pozostają dla niej różnice między amerykańskim wahadłowcem a rosyjską stacją Mir, z którą połączyła się podczas misji Discovery w 1995 roku.
Amerykański statek pachniał przede wszystkim elektroniką i sprzętem komputerowym. Rosyjska stacja miała natomiast zupełnie inny klimat – cieplejszy, bardziej wilgotny, a charakterystyczny zapach przypominał nieco starą, wilgotną piwnicę. Nie był nieprzyjemny, ale wyraźnie odmienny od tego, do czego przywykli astronauci NASA.
Mimo ogromnego doświadczenia Collins wciąż z podziwem mówi o jednej z najbardziej dramatycznych historii w dziejach astronautyki – misji Apollo 13. Film Rona Howarda z Tomem Hanksem uważa za wyjątkowo wierne odtworzenie wydarzeń, które mogły zakończyć się tragedią.
Jej zdaniem produkcja pokazuje coś, co od zawsze stanowi fundament pracy astronautów: nawet w sytuacji pozornie bez wyjścia można znaleźć rozwiązanie dzięki wiedzy, przygotowaniu i współpracy.
Sama również doświadczyła momentów wysokiego ryzyka. Podczas misji wahadłowca Columbia w 1999 roku krótko po starcie doszło do zwarcia elektrycznego, które wyłączyło część systemów sterowania silnikami. Collins wspomina jednak, że nie odczuwała strachu. Załoga wcześniej wielokrotnie ćwiczyła taki scenariusz w symulatorach, dlatego każdy wiedział dokładnie, co należy zrobić.
Dziś astronautka z dużym optymizmem patrzy także na rozwój komercyjnych lotów kosmicznych. Wbrew opiniom sceptyków nie uważa, że turystyka odbiera kosmosowi jego wyjątkowość.
Wręcz przeciwnie – jej zdaniem pozwoli większej liczbie ludzi doświadczyć tego, co przez dekady było dostępne wyłącznie dla zawodowych astronautów. Jest przekonana, że w kolejnych latach na orbitę będą trafiać osoby w różnym wieku, reprezentujące najróżniejsze zawody i środowiska.
A kiedy już tam dotrą, zrozumieją coś, co od lat powtarzają niemal wszyscy astronauci. Widok Ziemi z kosmosu zmienia perspektywę. Z daleka granice państw przestają istnieć, a nasza planeta wydaje się jednocześnie krucha i niezwykle piękna.
I właśnie dlatego – jak przekonuje Collins – warto nadal eksplorować kosmos. Nawet jeśli droga na Marsa okaże się dłuższa, niż dziś zakładamy.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze