Z miłości do Polski — wyniesionej z domu, umocnionej w wierze i doświadczeniu życia publicznego — zrobił swój kompas. Bartosz Malewski w naszej rozmowie opowiada o ludziach, o Marszu Niepodległości i o przekonaniu, że mimo różnic potrafimy być razem. „Tu jest miejsce dla każdego, kto przychodzi z dobrą intencją” — podkreśla. „Jeden naród, silna Polska” staje się czymś więcej niż hasłem — przypomnieniem, że to, co nas łączy, bywa silniejsze niż to, co dzieli.
Rozmowa z Bartoszem Malewskim, prezesem Stowarzyszenia „Marsz Niepodległości”
Widzę morze biało-czerwonych flag
Barbara Mikulska-Rola (B.M.-R.): Za kilka dni znów zobaczymy tłumy pod biało-czerwonymi barwami. Gdy myśli Pan o Marszu Niepodległości – co przychodzi do głowy jako pierwsze: emocje, obraz, konkretna myśl?
Bartosz Malewski (B.M.): Zawsze ten sam kadr: morze biało-czerwonych flag. To pierwszy obraz, który staje mi przed oczami, gdy myślę o Marszu. A zaraz za nim — uczucie wspólnoty, której, niestety, często brakuje nam na co dzień. Tego jednego dnia naprawdę da się to poczuć. W tłumie widać pełen przekrój Polski: młodych i starszych, rodziny z dziećmi, studentów, emerytów, działaczy różnych organizacji, ale też po prostu „zwykłych ludzi”. U wielu — zwłaszcza seniorów — widać na twarzach, że są tu z potrzeby serca.
Marsz przypomina, że w gruncie rzeczy wszyscy jesteśmy tacy sami — po prostu Polakami — i że potrafimy spotkać się w jednym miejscu, by oddać cześć tym, którzy za Polskę walczyli, dla niej pracowali, poświęcali się i ją budowali. Ten obraz daje też ogromny ładunek optymizmu mimo wszystkich dzisiejszych trudności: widzę, że wartości patriotyczne są żywe, i wierzę, że potrafimy przekazać je kolejnym pokoleniom.
Tego nauczyłem się z domu i z wiary
B.M.-R.: Skąd w Panu wzięło się mocne poczucie odpowiedzialności za nasz kraj? A dziś - czym jest dla Pana Polska: bardziej państwem, ideą czy domem?
B.M.: Myślę, że to w dużej mierze kwestia wychowania. Takie postawy wynosi się z domu — zwłaszcza z obserwacji rodziców w pierwszych latach życia. Na pewno mieli wpływ na to, kim dziś jestem. Drugim filarem była wiara. Polski Kościół zawsze był mocno związany z naszą tożsamością — nie bez przyczyny Roman Dmowski pisał, że polskość bez katolicyzmu nie istnieje. Coś w tym jest, bo ta formacja duchowa naturalnie prowadzi też do postaw patriotycznych.
Z czasem pojawiło się zainteresowanie życiem społecznym i niezgoda na bylejakość, na brak sprawczości. Nie chciałem ograniczać się do komentowania i narzekania — chciałem brać odpowiedzialność i robić swoje. Stąd prosta droga do działalności społecznej: dla Polski, a nie przeciw komuś.
A czym jest dla mnie Polska? Wszystkim po trochu — państwem, ideą i domem. Nie wyobrażam sobie życia gdzie indziej. Tu jest moje miejsce na ziemi — tu jest mój dom. Wiem też, że Polska bywa tak silna, jak silny i zorganizowany jest jej naród. Historia wiele razy pokazała: kiedy jesteśmy skłóceni, upadamy; kiedy potrafimy się jednoczyć, rośniemy. Dlatego obok wolności i niepodległości mówię dziś także o suwerenności — o realnej możliwości decydowania o sobie jako państwo i naród. Nie ma niepodległości bez suwerenności.
„Jeden naród, silna Polska”
B.M.-R.: Hasło tegorocznego Marszu brzmi: „Jeden naród, silna Polska”. Kogo Pan do tych słów zaprasza? Czy to ma być odpowiedź Marszu na dzisiejszy lęk — doświadczenie wspólnoty, które zostaje po 11 listopada?
B.M.: Zapraszam każdego, kto przychodzi z dobrą intencją. To hasło celowo jest pojemne — chcieliśmy, by każdy mógł znaleźć w nim coś własnego. Widzimy, jak pogłębiły się podziały: już nie chodzi wyłącznie o spór dwóch największych ugrupowań i dwóch liderów, który trwa ponad dwie dekady. Coraz częściej żyjemy w osobnych „bańkach”: informacyjnych, światopoglądowych. Tracimy wspólny język nawet w podstawowych sprawach, a bywa, że wzajemnie podważamy swoją polskość. W takiej atmosferze bardzo trudno rozmawiać.
„Jeden naród, silna Polska” ma przypomnieć, że mimo różnic wciąż stanowimy wspólnotę. To wezwanie do rozmowy i jedności w obliczu rzeczywistych wyzwań: bezpieczeństwa, rozsądnej polityki migracyjnej, spójności społecznej — zwłaszcza w cieniu wojny na Ukrainie i europejskich rozstrzygnięć. Polska była i jest gościnna — pokazaliśmy to w praktyce. Ale państwo musi mieć mądrą, długofalową strategię. Hasło jest też apelem o odpowiedzialność i lojalność wobec wspólnego domu: żeby Polacy w Polsce czuli się u siebie, a państwo — dzięki jedności narodu — było silne i zdolne do działania.
Marzy mi się gest ponad podziałami
B.M.-R.: Czy naprawdę wyobraża Pan sobie wspólny, ponadpartyjny gest 11 listopada — „idźmy razem jako Polacy”, choć różnimy się w wielu sprawach?
B.M.: Nie jestem naiwny. Wiem, że nie każdy chciałby iść obok mnie czy obok uczestników Marszu. Są tacy, którzy najchętniej zakazaliby go w ogóle. Część osób definiuje się przede wszystkim jako Europejczycy czy „obywatele świata” i ma — mówiąc łagodnie — dystans do narodowej tożsamości. Bywa, że nazywa się to ojkofobią. Ja uważam, że nie mamy powodów do kompleksów: w wielu obszarach Polska funkcjonuje lepiej, niż się nam wmawia, także na tle Zachodu.
Mimo to chciałbym, by jak najwięcej Polaków „obudziło się” do pozytywnej identyfikacji z Polską — nie przeciw komuś, tylko dla czegoś. Żebyśmy przyjęli bardzo praktyczną postawę: żyję i pracuję z myślą o dobru wspólnym. Wtedy, mimo różnic, możemy spotykać się wokół jednej idei — polskości. Ponadpartyjny gest 11 listopada rozumiem jako minimum dobrej woli i zgodę, że polskość jest ważniejsza niż bieżący spór.
Młodych przyciąga sens, nie moda
B.M.-R.: Dlaczego młodzi wybierają dziś prawicę? I czego nie znajdują po stronie przeciwnej?
B.M.: Młodzi zawsze mieli potrzebę kontestowania rzeczywistości. Dzisiejsze pokolenie dorasta w dobrobycie: technologia, podróże, dostęp do niewyobrażalnej wcześniej ilości treści — to wszystko jest „na wyciągnięcie ręki”. A jednak wielu z nich czuje brak większej idei i sensu. To często znajdują w patriotyzmie, w państwie polskim, nierzadko także w wierze.
To jednak nie powód do samozadowolenia. Postawy najmłodszych najszybciej się zmieniają. Nie da się przewidzieć, jak zagłosują w kolejnych wyborach. Dlatego z młodymi trzeba pracować stale: rozmawiać, pokazywać sens i sprawczość, dawać przestrzeń do współtworzenia. Po stronie przeciwnej często brakuje im właśnie tego — większej sprawy, czegoś więcej niż komfort i bieżąca konsumpcja.
Bezpieczeństwo ponad emocje
B.M.-R.: Jak dziś wygląda współpraca z miastem i policją? Czy liczycie się z prowokacjami — skądkolwiek by przyszły?
B.M.: Piętnaście lat organizacji Marszu bardzo nas nauczyło. Od 2012 roku działa Straż Marszu Niepodległości — formacja, która realnie potrafi zabezpieczyć tak duże zgromadzenie. Ćwiczymy różne scenariusze, także niespodziewane kontrmanifestacje. Zasada jest stała: deeskalacja. Celem prowokatorów bywa wywołanie zamieszek i reakcji tłumu — naszą odpowiedzią jest szybkie odseparowanie takich osób i uspokojenie sytuacji, również dla ich bezpieczeństwa.
To doświadczenie procentuje. Z roku na rok Marsz jest lepiej zorganizowany i spokojniejszy. W ostatnich latach kontrmanifestacji było niewiele, a gdy się pojawiały — okazywały się nieskuteczne, bo uczestnicy nie dali się wciągnąć w zaczepki.
Współpraca z miastem bywa trudna — prezydent stolicy od lat próbuje Marsz ograniczać czy delegalizować — dlatego mamy przygotowany odcinek prawny: zespół doświadczonych prawników w gotowości zarówno dla organizatorów, jak i uczestników. Z policją pracujemy proceduralnie, tak by 11 listopada wszystko odbyło się bezpiecznie, spokojnie i godnie.
Reguła numer jeden: dobre intencje i spokój
B.M.-R.: Gdy emocje biegną szybciej niż rozsądek — jakie pierwsze słowo kieruje Pan do takiej osoby? Jaka jest Pańska „reguła numer jeden” eleganckiego świętowania i jedna prośba do uczestników na dziś?
B.M.: Przede wszystkim: przyjdź z dobrym nastawieniem i wiedz, po co jesteś. Świętujemy Dzień Niepodległości, oddajemy hołd tym, dzięki którym możemy go tak nazywać. Niesiemy też ważne postulaty: niepodległościowe i suwerennościowe.
W praktyce — biało-czerwona flaga, najlepiej paczka znajomych. A wobec prowokacji: spokój. Dwa głębokie oddechy zanim zareagujesz. Żadnych działań na własną rękę — od razu kontakt ze Strażą Marszu lub organizatorami. Proszę też o uważność: jeśli dzieje się coś niepokojącego, nagrywaj. To pomaga deeskalować i zostawia ślad, gdy będzie potrzebny. Elegancja świętowania zaczyna się od opanowania.
Zamknięcie Dworca? Trudno to uznać za przypadek
B.M.-R.: Zamknięcie Dworca Centralnego (8–16 listopada) pokrywa się z datą Marszu. Przypadek?
B.M.: Powiem wprost: wygląda to na dużą złośliwość. Rozumiem, że remonty planuje się z wyprzedzeniem i że mają swoje harmonogramy, ale 11 listopada nie spada z nieba. Od 15 lat Marsz odbywa się w Warszawie, od lat zaczynamy na rondzie Romana Dmowskiego, a w kwietniu ponownie uzyskaliśmy status zgromadzenia cyklicznego do 2027 roku. Trudno uwierzyć, że nie dało się wybrać tygodnia wcześniej albo później.
To nie paraliżuje organizacji — Marsz się odbędzie — ale realnie utrudnia życie uczestnikom: zamiast wysiąść na Centralnym, wielu będzie musiało jechać przez Warszawę Gdańską i przesiadać się do metra. To zwiększa ruch i obciążenie miasta oraz służb. Sensu w tym terminie nie widzę. I jeszcze jedno: ludzie i tak przyjadą, także z zagranicy. Zamknięcie dworca nie zmniejszy frekwencji — podniesie tylko koszty logistyczne po stronie obywateli i służb.
Święto radości i pamięci
B.M.-R.: Wielu przychodzi na Marsz z rodzinami, z dziećmi. Czym jest dla Pana ten dzień: przede wszystkim radosnym świętem, czy także cichym przypomnieniem, że wolność i bezpieczeństwo trzeba pielęgnować na co dzień?
B.M.: Jednym i drugim. Przez 15 lat Marsz bardzo się zmienił — dziś to w dużej mierze wydarzenie rodzinne, spokojne, pełne dobrej energii. Ale radość idzie tu w parze z pamięcią i zobowiązaniem. Wolność i niepodległość nie są dane raz na zawsze; trzeba o nie dbać codziennie — nie tylko 11 listopada i nie dopiero w chwili zagrożenia. Każdego dnia kształtujemy w sobie postawę człowieka wolnego: odpowiedzialność, uczciwą pracę dla dobra wspólnego, troskę o bliskich. Marsz przypomina, by doceniać to, co mamy, i pilnować, by tego nie utracić.
Nie znam nikogo, kto żałowałby, że przyszedł
B.M.-R.: Co powiedziałby Pan tym, którzy jeszcze nigdy nie przyszli 11 listopada i wciąż się wahają? Dlaczego warto być wtedy razem?
B.M.: Powiedziałbym: po prostu przyjedźcie raz. Nie znam osoby, która żałowałaby obecności. Najczęściej słyszę: „pojechałem w 2015, 2018 albo 2022 i od tamtej pory jestem co roku”.
To doświadczenie, które trudno opisać: wzruszenie pod biało-czerwoną i poczucie siły wspólnoty, której tak brakuje na co dzień. Człowiek uświadamia sobie, że nie jest sam w swoich wartościach i że razem możemy budować państwo z sukcesem. Jeśli ktoś się waha — nie ma nad czym. Spakować się, ubrać się ciepło i 11 listopada być w Warszawie. Bardzo często ten jeden raz staje się początkiem nowej tradycji.
Sukces? Kiedy wracają z dumą
B.M.-R.: Po czym pozna Pan, że ten Marsz się udał — jaki będzie Pana osobisty sygnał sukcesu?
B.M.: Patrzę na trzy rzeczy. Po pierwsze frekwencja — żeby przyszło nas tylu, co w poprzednich latach, a może więcej. Po drugie spokój i bezpieczeństwo — Marsz bez ekscesów, z pełną kontrolą organizacyjną. A po trzecie, i najważniejsze: poczucie dumy, z którym ludzie wracają do domów. Tego nie da się zmierzyć tabelką, ale to widać i czuć. Jeśli uczestnicy powiedzą: „to mnie zbudowało”, odzyskali wiarę w polski naród i państwo, a płomień patriotyzmu zaniosą do swoich miejscowości — wtedy powiem: udało się.


Rozmawiała: Barbara Mikulska-Rola
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze