To wydarzenie trudno nazwać zwykłą internetową wpadką. Przez wiele godzin użytkownicy Map Google mogli oglądać obraźliwe i skandaliczne nazwy najważniejszych miejsc w Warszawie. Zmieniono oznaczenia obiektów o znaczeniu państwowym, historycznym i symbolicznym, a część z nich zawierała treści obrażające pamięć historyczną czy godzące w powagę instytucji publicznych. Wszystko to było dostępne w jednej z najpopularniejszych aplikacji nawigacyjnych świata.
Wśród najbardziej bulwersujących przykładów znalazły się m.in. „Pałac Kibolski” zamiast Pałacu Prezydenckiego, „Grób Znanego Żołnierza SS” w miejsce Grobu Nieznanego Żołnierza czy „Pomnik roznegliżowanej Marty Kaczyńskiej nad Wisłą” zamiast pomnika Syreny. Choć w poniedziałek część nazw została już przywrócona, w aplikacji nadal można było znaleźć kolejne absurdalne wpisy, takie jak „Park im. Heinricha Himmlera” czy „patelnia z Polakami al'dente”.
Sprawa wywołała ogromne poruszenie, ponieważ nie dotyczy niszowego serwisu internetowego, lecz aplikacji, z której każdego dnia korzystają miliony użytkowników. Mapy Google dla wielu osób są podstawowym narzędziem nawigacji, wykorzystywanym zarówno prywatnie, jak i zawodowo. Tym bardziej trudno przejść obojętnie wobec faktu, że obraźliwe i fałszywe nazwy przeszły proces weryfikacji i zostały opublikowane.
Google umożliwia użytkownikom zgłaszanie zmian nazw i danych o lokalizacjach poprzez funkcję „Zaproponuj zmianę”. Zgodnie z zasadami firmy takie zgłoszenia powinny zostać zweryfikowane przez system moderacji, zanim trafią do aplikacji. W tym przypadku mechanizm najwyraźniej zawiódł, pozwalając na publikację treści, które nie tylko naruszały podstawowe standardy, ale również mogły wprowadzać użytkowników w błąd.
To właśnie ten element budzi największe kontrowersje. Nie chodzi bowiem wyłącznie o internetowy trolling, lecz o pytanie, jak podobne treści mogły zostać zaakceptowane i wyświetlone w jednej z najważniejszych usług cyfrowych na świecie.
Do sprawy odniósł się wiceminister cyfryzacji Dariusz Standerski. Jak stwierdził, według informacji resortu nie ma obecnie przesłanek, by mówić o zorganizowanym cyberataku. Jego zdaniem był to efekt nadużycia funkcji zgłaszania zmian przez użytkowników oraz błędów po stronie procesu aktualizacji danych.
W rozmowie zwrócił uwagę, że „dzieciaki się dorwały i zaczęły kombinować”, podkreślając jednocześnie, że skutki takiego działania są bardzo poważne, ponieważ wielu użytkowników korzysta z Map Google jako podstawowej nawigacji.
Standerski zaznaczył również, że każdy podobny incydent może być analizowany przez obce służby i stanowić cenne źródło wiedzy o słabościach popularnych systemów cyfrowych. W jego ocenie takie sytuacje mogą w przyszłości zostać wykorzystane do prób zakłócania funkcjonowania transportu, w tym także transportu medycznego czy wojskowego.
Google Polska poinformowało, że na bieżąco usuwa nieprawidłowe nazwy lokalizacji, blokuje konta odpowiedzialne za ich wprowadzenie i przywraca poprawne oznaczenia. Firma zapewniła również, że rygorystycznie egzekwuje swoje zasady dotyczące publikowanych treści.
Nie odpowiedziała jednak na kluczowe pytanie: w jaki sposób obraźliwe nazwy przeszły proces moderacji i przez wiele godzin były widoczne dla użytkowników.
To właśnie ten aspekt sprawia, że cała sprawa wykracza daleko poza zwykły internetowy wybryk. W przypadku usługi, z której korzystają miliony osób i która pełni istotną rolę w codziennym funkcjonowaniu państwa, sam fakt późniejszego usunięcia błędów nie rozwiązuje problemu. Pozostaje pytanie o skuteczność mechanizmów bezpieczeństwa oraz o to, czy podobna kompromitacja nie powtórzy się w przyszłości.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze