Mówił o sobie, że pochodzi z innej planety. Jego twórczość jednocześnie gloryfikowała i demaskowała amerykańską obsesję konsumpcji, balansując między zachwytem a ironią. Od soboty w Państwowym Muzeum Etnograficznym w Warszawie, na wystawie „Formy obecności. Sztuka Łemków/Rusinów Karpackich”, można zobaczyć m.in. pracę „Marilyn Monroe” Andy’ego Warhola – artysty, którego biografia i sztuka wciąż odsłaniają nowe znaczenia.
Andy Warhol (1928–1987), urodzony jako Andrew Warhola, przyszedł na świat w Pittsburghu w Pensylwanii. Był najmłodszym z trzech synów emigrantów wywodzących się z mniejszości Rusinów Karpackich, zwanych Łemkami. Jego rodzice opuścili wieś Miková na terenie dzisiejszej Słowacji w poszukiwaniu lepszego życia w Stanach Zjednoczonych. To właśnie w tym domu – na styku biedy, emigracyjnego doświadczenia i silnej tradycji religijnej – kształtowała się wrażliwość przyszłego artysty.
Dziś Warhol uznawany jest za jedną z kluczowych postaci pop-artu – nurtu, który wyrósł z buntu wobec dominujących w połowie XX wieku koncepcji sztuki. Pop-art odrzucał elitarność galerii i akademii, sięgając po to, co powszednie i masowe: reklamy, filmy Hollywoodu, opakowania produktów, komiksy czy muzykę popularną. Dla artystów tego pokolenia właśnie tam pulsowało prawdziwe życie, a nie na sterylnych muzealnych ścianach.
Olivia Laing w książce „Miasto zwane samotnością. O Nowym Jorku i artystach osobnych” zauważa, że Warhol zdołał przekształcić samego siebie w ikonę – rozpoznawalną personę, niemal logo. Podobnie jak wizerunki Marilyn Monroe czy Elvisa Presleya, także on stał się obrazem podlegającym nieskończonej reprodukcji. A jednak, jak podkreśla autorka, pod tą błyszczącą powierzchnią wciąż przebija kruche, bezbronne „ja” artysty, obecne w jego pracach mimo wszelkich prób ukrycia.
Jeden z bliskich Warholowi mężczyzn, Charles Lisanby, wspominał w rozmowie z biografem Victorem Bockrisem, że artysta cierpiał na silny kompleks niższości. „Powiedział mi, że jest z innej planety. Że nie wie, jak się tu znalazł” – wyznał. To poczucie obcości paradoksalnie nie przeszkodziło Warholowi w stworzeniu dzieł, które dziś należą do kanonu sztuki współczesnej.
Do jego najbardziej znanych realizacji należą m.in. „Campbell’s Soup Cans”, „The Marilyn Diptych”, „Brillo Boxes”, „Banana”, cykl „Mao” czy „Self-Portrait (Fright Wig)”. Choć często określane mianem obrazów, w rzeczywistości są to serigrafie – prace powstające poprzez mechaniczne przenoszenie farby przez matrycę. Sam Warhol nie ukrywał fascynacji bezosobowością tego procesu: „Maluję tak, bo chcę być maszyną” – mówił w wywiadzie dla „ARTnews”.
Artysta konsekwentnie przedstawiał przedmioty codziennego użytku: puszki zupy, butelki Coca-Coli, banknoty. Jak zauważa Laing, były to rzeczy, które dosłownie wyciągał z kuchennych szafek swojej matki – pospolite, tanie, zupełnie niepasujące do świata galerii. Ich wartość nie wynikała z wyjątkowości, lecz z powtarzalności. Warhol malował to, co znał i do czego był emocjonalnie przywiązany.
Na warszawskiej wystawie jego twórczość pokazana jest jednak z innej perspektywy – przez pryzmat relacji z matką, Julią Warholą, Łemkinią. Kurator ekspozycji, dr Michał Szymko, podkreśla, że celem nie było kolejne odczytanie Warhola jako krytyka kapitalizmu czy ikony pop-artu, lecz zwrócenie uwagi na jego etniczne korzenie. Julia, żyjąc w biedzie, zbierała puszki po napojach i zupach, z których tworzyła drobne rzeźby sprzedawane później wraz z synami. Zdaniem kuratora właśnie to doświadczenie mogło stać się jednym z impulsów do powstania słynnych „zup Campbell”.
Istotny jest także wątek religijny. Julia regularnie zabierała syna do cerkwi i opowiadała mu o żywotach świętych. Te narracje – pełne symboliki i cudowności – Warhol miał później przenieść na grunt kultury masowej, zastępując świętych ikonami popkultury. Na wystawie zestawiono więc wizerunek Marilyn Monroe z XVI-wieczną ikoną św. Mikołaja, tworząc dialog między sacrum przeszłości a świecką mitologią współczesności.
Ekspozycja konfrontuje wielkoformatowe prace artysty z rodzinnymi pamiątkami i fotografiami. Jak zauważa kurator, dochodzi tu do symbolicznego spotkania Andy’ego z matką – kobietą, która wywarła ogromny wpływ na jego wrażliwość i sposób widzenia świata.
Warhol zapisał się także w historii muzyki jako autor legendarnych okładek płyt. Zaprojektował m.in. oprawę albumu „The Velvet Underground & Nico” z kultowym bananem oraz „Sticky Fingers” The Rolling Stones z działającym zamkiem błyskawicznym. Jego nowojorska pracownia, zwana Fabryką, była miejscem masowej „produkcji” sztuki, ale też magnesem dla artystycznej bohemy – aktorów, muzyków, performerów i outsiderów.
Fabryka była jednocześnie przestrzenią wolności i eksperymentu, ale też sceną dramatycznych wydarzeń. W 1968 roku Warhol został tam ciężko postrzelony przez Valerie Solanas, autorkę radykalnego „SCUM Manifesto”. Konflikt wokół niewystawionej sztuki i zagubionego scenariusza niemal kosztował artystę życie.
Dziś mit Fabryki powraca m.in. w krakowskim MOCAK-u, gdzie prezentowana jest instalacja „Live Factory 2” inspirowana spektaklem Krystiana Lupy. Odwiedzający mogą wejść w przestrzeń przypominającą pracownię Warhola i doświadczyć atmosfery permanentnego performansu, w którym życie i sztuka stapiały się w jedno.
Andy Warhol na zawsze zatarł granice między sztuką wysoką a kulturą masową. Jego twórczość wpłynęła nie tylko na artystów, ale także na reklamę, marketing i samo pojęcie sławy. Do dziś pozostaje przenikliwym komentarzem do świata mediów, konsumpcji i sztuczności celebryckich mitów. Inspirował i wciąż inspiruje kolejne pokolenia twórców.
„Jeśli chcesz wiedzieć wszystko o Andym Warholu, spójrz na powierzchnię moich prac – i oto jestem” – mówił w 1966 roku. Paradoksalnie właśnie ta powierzchnia wciąż prowokuje do coraz głębszych interpretacji.
Wystawę „Formy obecności. Sztuka Łemków/Rusinów Karpackich” można oglądać w Państwowym Muzeum Etnograficznym w Warszawie od 17 stycznia do 30 czerwca.
red./PAP
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze