Reklama

Kto naprawdę zapłaci za rolnictwo regeneratywne?

Profesor Zbigniew Karaczun ogłosił sukces: w ramach Społecznego Paktu na rzecz Rolnictwa i Produkcji Żywności wypracowano pierwszą w Polsce definicję rolnictwa regeneratywnego. Brzmi dumnie, naukowo i bardzo poprawnie politycznie. Pytanie tylko jedno: czy to realnie pomaga rolnikom, czy jest kolejnym ekologiczno-urzędniczym konstruktem oderwanym od życia na wsi?

Inicjatywa powstała pod auspicjami Polskiego Klubu Ekologicznego, z patronatem ministerstw i udziałem NGO-sów, organizacji przyrodniczych i konsumenckich. Rolnicy oczywiście też „są”, ale jak zwykle – w roli listka figowego, mającego legitymizować z góry ustalone tezy.

Nowa definicja rolnictwa regeneratywnego mówi o odbudowie gleby, bioróżnorodności, ograniczeniu emisji gazów cieplarnianych, dobrostanie zwierząt i – dopiero na końcu – o „dążeniu do opłacalności produkcji rolnej”. I właśnie ta kolejność mówi wszystko. Ekologia znów jest celem nadrzędnym, a dochodowość rolnika dodatkiem, o ile się uda.

Reklama

Profesor Karaczun przekonuje, że to model „pośredni” między rolnictwem ekologicznym a przemysłowym. Tyle że rolnicy doskonale wiedzą, jak wygląda to „pośrednie” w praktyce:
– więcej obowiązków,
– więcej kontroli,
– więcej papierologii,
– większe ryzyko produkcyjne,
– a zysk… niepewny i często zależny od dopłat.

Wszystko to bardzo przypomina ekoschematy WPR, które na papierze miały być wsparciem, a w praktyce stały się źródłem frustracji. Rolnik ma zmieniać technologię, ponosić koszty, brać na siebie ryzyko pogodowe i rynkowe, a administracja i organizacje ekologiczne będą go „przekonywać”, że to dla jego dobra.

Reklama

Szczególnie wymowne jest to, że uczestnicy Paktu mówią o konieczności stworzenia „jednolitych kryteriów oceny regeneratywności gospodarstw”. Innymi słowy: kolejna klasyfikacja, kolejne normy i kolejny bat kontrolny, który można wykorzystać do ograniczania produkcji, a nie do jej wzmacniania.

Ekologiczne środowiska od lat obiecują rolnikom, że „nowy model” będzie bardziej odporny na kryzysy. Tymczasem kryzysy przychodzą właśnie wtedy, gdy produkcja jest ograniczana, koszty rosną, a rynek zalewany jest tanią żywnością z importu, który nie spełnia żadnych „regeneratywnych” standardów.

Reklama

Rolnicy nie potrzebują kolejnych definicji, kampanii promocyjnych ani moralizowania. Potrzebują stabilnych cen, ochrony rynku, realnej opłacalności i prawa wyboru technologii, a nie narzucanych z góry modeli tworzonych w gabinetach ekologicznych ekspertów.

Jeśli rolnictwo regeneratywne ma mieć sens, musi wynikać z praktyki gospodarstw, a nie z kompromisu NGO-sów, urzędników i akademików. W przeciwnym razie skończy się jak wiele wcześniejszych „zielonych wizji”: dobrze brzmiącym dokumentem i kolejnym problemem dla polskiego rolnika.

Reklama

 

 

red./PAP

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.

Zaloguj się

Najnowsze rolki



Reklama

Wideo WaWa.info




Reklama
Najnowsze wiadomości