Był czas, gdy drewno było oczywistym wyborem. Z niego powstawały domy, wsie i miasta. Pachniało żywicą, skrzypiało pod stopami, starzało się razem z ludźmi. Potem przyszły wojny, pożary, powodzie. Całe dzielnice znikały w ogniu lub wodzie. Zostawały mury. Ciężkie, zimne, „pewne”. I być może właśnie wtedy – niepostrzeżenie – nauczyliśmy się nie ufać drewnu.
Dziś, setki lat później, ten lęk wciąż w nas siedzi.
Choć świat buduje z drewna nowoczesne osiedla i wielokondygnacyjne budynki, w Polsce drewno nadal musi się tłumaczyć. Że nie zgnije. Że nie spłonie. Że „to też jest bezpieczne”. Beton i cegła takich pytań nie słyszą. One są „normalne”. Sprawdzone. Oswojone.
A przecież deklarujemy coś zupełnie innego.
Z raportu „Ekobudownictwo jest trendy? Edycja 2025” wynika, że blisko połowa Polaków twierdzi, iż jest gotowa zapłacić więcej za ekologiczny dom. Brzmi jak przełom. Jak sygnał, że coś się zmienia. Tyle że gdy spojrzeć na twarde dane, rzeczywistość szybko studzi entuzjazm: ponad 98 procent nowych domów w Polsce wciąż powstaje w technologii murowanej. Drewno, prefabrykacja, technologie alternatywne – to margines.
– To klasyczny rozdźwięk między deklaracją a decyzją – mówi dr inż. arch. Bartosz Dendura z Politechnika Krakowska. – Chcemy być ekologiczni, ale gdy przychodzi moment wyboru projektu i budżetu, wygrywa to, co znane i „bezpieczne”. Psychologia nazywa to luką między postawą a zachowaniem.
Problem w tym, że „bezpieczne” często oznacza dziś po prostu „tak jak zawsze”.
Drewno w zbiorowej wyobraźni nadal bywa materiałem gorszym: tymczasowym, ryzykownym, odpowiednim co najwyżej na domek letniskowy. Mało kto pamięta, że to właśnie z drewna budowano przez stulecia – i że wiele z tych budowli nie przetrwało nie dlatego, że były źle zaprojektowane, ale dlatego, że historia obeszła się z nimi brutalnie. Ogień i wojna nie miały litości.
Beton wygrał nie tylko technologią. Wygrał narracją.
Dziś jednak świat wraca do drewna nie z sentymentu, lecz z chłodnej kalkulacji. Bo drewno ma niższy ślad węglowy. Bo magazynuje CO₂ zamiast go emitować. Bo pozwala budować szybciej, lżej i coraz częściej – taniej w długim cyklu życia budynku. Paradoks polega na tym, że to, co wciąż uznajemy za „eksperyment”, gdzie indziej stało się standardem.
W Polsce „eko” nadal bywa traktowane jak luksus albo fanaberia. Coś dla bogatszych. Coś, na co „trzeba się odważyć”. Tymczasem – jak podkreśla Dendura – w perspektywie kilkudziesięciu lat to właśnie koszty użytkowania, ogrzewania i energii mają największe znaczenie. Emisje z eksploatacji domu wielokrotnie przewyższają te z etapu budowy.
Innymi słowy: prawdziwy koszt naszych decyzji dopiero przed nami.
Może więc problem nie leży w drewnie. Może leży w nas. W pamięci zbiorowej, która nauczyła się bać ognia bardziej niż zmian klimatu. W przyzwyczajeniu, które każe wybierać to, co znane, nawet jeśli przestaje być racjonalne.
Młode pokolenie architektów coraz częściej projektuje inaczej – z myśleniem o środowisku jako punkcie wyjścia, a nie dodatku. Ale bez realnych przykładów, edukacji i oswajania nowych technologii, drewno w Polsce jeszcze długo będzie musiało walczyć o zaufanie.
red./PAP
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze