Rząd w Londynie próbuje ugasić pożar, który sam na chwilę rozpalił. Wystarczyło jedno zdanie wypowiedziane w Izbie Gmin, by wokół przyszłości Wysp Czagos znów zawrzało.
W środę brytyjskie źródła rządowe stanowczo zdementowały doniesienia, jakoby Wielka Brytania wstrzymała ratyfikację umowy o przekazaniu archipelagu Czagos Mauritiusowi. To reakcja na słowa podsekretarza stanu w Foreign Office, Hamish Falconer, który niespodziewanie zasugerował w parlamencie, że proces został „wstrzymany”.
W trakcie odpowiedzi na pytania posłów w Izbie Gmin Falconer odwołał się do – jak to ujął – „bardzo istotnego oświadczenia prezydenta Stanów Zjednoczonych”. Dodał, że Londyn prowadzi obecnie bezpośrednie rozmowy z Waszyngtonem i „wstrzymuje proces ratyfikacji”, aby skonsultować sprawę z amerykańskimi partnerami.
W Westminsterze zapanowało zdziwienie. Bo choć temat Wysp Czagos od miesięcy budzi emocje, dotąd rząd nie sygnalizował formalnej pauzy w procedurze.
Kilka godzin później ton był już zupełnie inny. Jak podały BBC i Sky News, powołując się na źródła rządowe, „nie ma żadnej przerwy”, a harmonogram ratyfikacji „zostanie ogłoszony w zwyczajowy sposób”. Co więcej – według tych samych źródeł – minister miał się po prostu pomylić w swojej wypowiedzi.
W brytyjskiej polityce zagranicznej takie „nieporozumienia” rzadko bywają przypadkowe. Tu jednak wszystko wskazuje na klasyczny przykład komunikacyjnego chaosu w sprawie, która i tak jest politycznie delikatna.

Stawką jest przyszłość archipelagu Czagos – terytorium położonego na Oceanie Indyjskim, które od dekad pozostaje pod brytyjską administracją, choć Mauritius od lat domaga się zwrotu wysp.
Na mocy podpisanej w maju ubiegłego roku umowy Wielka Brytania ma przekazać Mauritiusowi zwierzchnictwo nad całym archipelagiem. Kluczowy wyjątek dotyczy wyspy Diego Garcia. Londyn zachowałby ją w 99-letniej dzierżawie, umożliwiając dalsze funkcjonowanie strategicznej, wspólnej bazy wojskowej brytyjsko-amerykańskiej. Koszt dzierżawy oszacowano na około 101 mln funtów rocznie.
Dla rządu w Londynie to próba zamknięcia wieloletniego sporu kolonialnego w sposób, który nie naruszy interesów bezpieczeństwa. Dla Mauritiusa – symboliczne domknięcie procesu dekolonizacji. Dla Stanów Zjednoczonych – kwestia czysto strategiczna: baza na Diego Garcia pozostaje jednym z najważniejszych punktów wojskowych USA w regionie Indo-Pacyfiku.

Sprawa nabrała nowej dynamiki po zmianie tonu w Białym Domu. Choć początkowo prezydent Donald Trump deklarował poparcie dla porozumienia, w ostatnich miesiącach zaczął je otwarcie krytykować. W ubiegłym tygodniu wezwał brytyjskiego premiera Keir Starmer do wycofania się z umowy.
To właśnie do tego „istotnego oświadczenia” odnosił się Falconer. Pytanie, czy była to rzeczywista zapowiedź przemyślenia strategii przez Londyn, czy jedynie niefortunne sformułowanie w ferworze parlamentarnej debaty.
Rząd Starmera znalazł się w trudnym położeniu. Z jednej strony chce pokazać, że Wielka Brytania potrafi rozwiązywać historyczne spory w duchu prawa międzynarodowego i partnerskich relacji z krajami Globalnego Południa. Z drugiej – nie może ignorować stanowiska Waszyngtonu, zwłaszcza w sprawie o tak dużym znaczeniu wojskowym.
Publiczne dementi ma uspokoić sytuację i pokazać, że Londyn nie działa pod presją chwili. Jednak sam fakt, że jedno zdanie ministra wywołało polityczną burzę, pokazuje, jak cienka jest granica między dyplomacją a kryzysem.
Wyspy Czagos od dawna są symbolem kolonialnej przeszłości. Dziś stały się także testem dla nowego brytyjskiego rządu – sprawdzianem tego, czy potrafi prowadzić politykę jednocześnie moralną, pragmatyczną i odporną na transatlantyckie turbulencje.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze