We wtorek w Brukseli unijni ministrowie środowiska mają głosować nad kolejnym pomysłem z unijnej kuźni biurokratycznych absurdów – nowym celem klimatycznym na 2040 rok. Choć do projektu dodano kilka tzw. „bezpieczników”, w tym klauzulę rewizyjną, o którą zabiegała Polska, decyzja nadal wisi na włosku. Nasz kraj reprezentuje wiceminister klimatu Krzysztof Bolesta.
Według unijnych dyplomatów wciąż nie ma wystarczającego poparcia dla tego pomysłu – większość państw nie widzi sensu w dalszym zaostrzaniu polityki klimatycznej, która już dziś uderza w gospodarkę, przemysł i zwykłych obywateli. Mimo to w Brukseli wciąż trwa przepychanka o to, jak „rozcieńczyć” tekst, by zadowolić większą liczbę krajów i przepchnąć decyzję za wszelką cenę.
Nowy cel zakłada aż 90-procentową redukcję emisji gazów cieplarnianych względem 1990 roku. To kolejny krok w kierunku unijnej utopii „neutralności klimatycznej” do 2050 roku – wizji, która w praktyce oznacza rosnące koszty energii, droższy transport i spadającą konkurencyjność europejskiego przemysłu.
Nieprzypadkowo głosowanie było już kilkukrotnie odkładane – nawet wśród samych państw UE rośnie sprzeciw wobec narzucanych przez Brukselę regulacji. Dopiero po interwencji przywódców na unijnym szczycie w październiku dodano wspomnianą klauzulę rewizyjną, która – przynajmniej w teorii – pozwoli na zmianę celu, jeśli okaże się on zabójczy dla gospodarki. Premier Donald Tusk stwierdził, że to rozwiązanie uczyni całą inicjatywę „mniej bolesną” dla Polski.
W nowej wersji projektu Komisja Europejska ma co dwa lata przygotowywać raport, który – jeśli będzie taka potrzeba – pozwoli na korektę celu. Jednak doświadczenie pokazuje, że Bruksela rzadko wycofuje się z własnych pomysłów, nawet jeśli okazują się one katastrofalne w skutkach.
W pakiecie pojawiły się też kolejne „innowacje” – rozszerzenie systemu handlu emisjami CO₂ (ETS2) na transport i ogrzewanie już od 2027 roku, co w praktyce oznacza nowe podatki i wyższe rachunki dla obywateli. Choć premier Tusk zapowiadał możliwość zablokowania tego rozwiązania, Bruksela nie ukrywa, że dąży do jego jak najszybszego wprowadzenia.
Nie brak też pomysłów, które brzmią jak żywcem wyjęte z fantastyki ekonomicznej – m.in. „kredyty węglowe”, które mają umożliwić liczenie do unijnych celów redukcyjnych inwestycji w tzw. zielone projekty w krajach trzecich. Problem w tym, że rynek takich kredytów… w ogóle nie istnieje. Innymi słowy – na papierze wszystko wygląda dobrze, w rzeczywistości to kolejny sposób na manipulowanie liczbami i ukrywanie realnych kosztów transformacji.
Francja i Włochy z kolei domagają się większej elastyczności w kwestii pochłaniania CO₂, tłumacząc, że technologie te są wciąż w fazie eksperymentalnej. Bruksela jednak tradycyjnie pozostaje głucha na argumenty rozsądku – najważniejsze, by dokumenty i wykresy wyglądały „zielono”.
Cała ta dyskusja odbywa się tuż przed kolejnym globalnym szczytem klimatycznym COP30 w Brazylii, gdzie unijni urzędnicy znów będą mogli popisywać się swoją „ekologiczną ambicją” – oczywiście na koszt obywateli państw członkowskich.
Choć głosowanie może zakończyć się fiaskiem, w Brukseli panuje przekonanie, że Unia nie powinna „porzucać swoich ambicji klimatycznych”. Innymi słowy – nawet jeśli społeczeństwa i gospodarki już ledwo to dźwigają, unijna machina nadal będzie kręcić się wokół własnych ekologicznych dogmatów.
red./PAP
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze