To był jasny, letni poranek. Bez mgły, bez deszczu, bez żadnych nadzwyczajnych okoliczności. Tramwaj linii 18 sunął wzdłuż ul. Jagiellońskiej w Warszawie z prędkością do 50 km/h — taką, jaka na tym odcinku nie budzi zastrzeżeń. Prosty tor, dobra widoczność, zwykły dzień pracy.
A jednak 12 sierpnia 2022 roku zakończył się tragedią, która do dziś wraca w uzasadnieniach sądowych, protokołach i pamięci świadków. Zginął czteroletni Aleksander.
O godzinie 11.40 tramwaj zatrzymał się na przystanku Batalionu „Platerówek”. Do drugiego wagonu wysłużonego składu typu 105N wsiadła pani Maria z wnuczkiem. W środku było jeszcze pięciu pasażerów. Nic nie zapowiadało dramatu.
Po przejechaniu krótkiego odcinka tramwaj zatrzymał się ponownie. Pani Maria wysiadła pierwsza. Stała już na peronie i trzymała wnuczka za ręce, pomagając mu zejść po wysokich stopniach. Wtedy jego stopa zaklinowała się na ostatnim schodku — najprawdopodobniej między metalowymi wypustkami pośrodku stopnia.
Drzwi zaczęły się zamykać.
Na pulpicie motorniczego zapaliła się zielona kontrolka — sygnał, że wszystkie drzwi są domknięte. Systemy działały prawidłowo. To później potwierdziły ekspertyzy. Z miejsca prowadzącego pojazd widać było wszystkie wejścia.
Trzy sekundy po zamknięciu drzwi tramwaj ruszył.
Chłopiec w połowie znajdował się już na peronie. Babcia próbowała go wyswobodzić, szarpała, ciągnęła, krzyczała. Bezskutecznie. Tramwaj wyrwał dziecko z jej rąk. Kobieta przewróciła się na torowisko.
Całą scenę widział kierowca samochodu skręcający w ul. Jagiellońską. Próbował dogonić tramwaj, sygnalizował, dawał znaki. Bez efektu. Skład jechał dalej.
Aleksander był ciągnięty po torowisku przez około 420 metrów. Zatrzymał się dopiero, gdy jeden z pasażerów zaciągnął hamulec bezpieczeństwa. Dziecko zmarło na miejscu.
Sprawa od początku budziła pytanie: jak to możliwe, że motorniczy niczego nie zauważył?
Z uzasadnienia wyroku, do którego dotarliśmy, wynika, że 12 sierpnia 2022 r. Robert S., wieloletni pracownik Tramwajów Warszawskich z 14-letnim stażem, intensywnie korzystał z telefonu komórkowego w godzinach pracy.
W krótkim czasie poprzedzającym wypadek wykonał i odebrał łącznie 14 połączeń. Najdłuższe trwało niemal 50 minut. Inne rozmowy miały 44, 42, 31, 23 czy 14 minut.
Tego dnia o 11.36 zmieniał głośność w podłączonej słuchawce. Niespełna minutę później odebrał telefon od żony — rozmowa trwała około 40 sekund. O 11.38 ponownie regulował ustawienia. Otrzymał SMS, po chwili sam wykonał połączenie, znów wymieniał wiadomości.
Siedem sekund po ruszeniu z przystanku odebrał kolejny telefon — od klienta w sprawie naprawy blacharskiej samochodu. Motorniczy prowadził równolegle działalność gospodarczą w branży motoryzacyjnej. Ta rozmowa trwała 35 sekund.
Sąd nie miał wątpliwości: w chwili, gdy powinien bezwzględnie obserwować sytuację przy drzwiach, jego uwaga była rozproszona.
Biegli nie stwierdzili usterek technicznych. Drzwi działały zgodnie z projektem, sygnalizacja nie zawiodła. Widoczność z kabiny pozwalała na kontrolę sytuacji przy wszystkich wejściach.
To nie maszyna popełniła błąd.
— Wyłączną winę za tragedię ponosi Robert S. Nie poświęcił wymaganej uwagi sytuacji na przystanku i nie upewnił się, że wszyscy pasażerowie bezpiecznie opuścili tramwaj — uznała sędzia Katarzyna Wanat.
17 lutego 2026 r. zapadł wyrok: rok i sześć miesięcy pozbawienia wolności. Dodatkowo czteroletni zakaz prowadzenia pojazdów mechanicznych oraz obowiązek zapłaty po 100 tys. zł zadośćuczynienia dla każdego z rodziców chłopca.
W uzasadnieniu podkreślono, że motorniczy świadomie złamał zarówno wewnętrzne regulaminy obowiązujące w Tramwajach Warszawskich, jak i przepisy prawa o ruchu drogowym zakazujące korzystania z telefonu podczas prowadzenia pojazdu.
Brak profesjonalizmu, uwagi, odpowiedzialności i rutyna sprawiły, że telefon stał się ważniejszy niż to, co działo się tuż obok.
Czteroletnie dziecko, które nie wróciło do domu.
W dokumentach sądowych wszystko jest precyzyjne: godziny, długości połączeń, metry torowiska, paragrafy. W życiu rodziny Aleksandra zostało coś, czego nie da się zmierzyć ani przeliczyć.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze