Znów to samo nazwisko. Znów gorąca dyskusja. I znów pytanie, które powraca jak refren: dokąd właściwie zmierza publiczna aktywność o. Grzegorza Kramera?
Tym razem wszystko zaczęło się od wpisu w serwisie X. Jezuita napisał, że nie rozumie oburzenia wobec pomysłu wprowadzania do szkół lekcji buddyzmu. Dodał przy tym, że skoro jedne dzieci chcą uczyć się religii katolickiej, to dlaczego inne nie miałyby poznawać buddyzmu. W kilku zdaniach zarysował wizję edukacyjnego pluralizmu – brzmiącą dla jednych jak rozsądny głos, dla innych jak poważne nieporozumienie.

Bo z katolickiej perspektywy sprawa nie sprowadza się jedynie do „równego dostępu”. Kościół od wieków podkreśla, że Chrystus nie jest jedną z wielu propozycji duchowych, lecz drogą, prawdą i życiem. Owszem, można – i warto – poznawać inne religie, ale czym innym jest wiedza o nich, a czym innym stawianie ich na równi w przestrzeni wychowania młodego człowieka. I właśnie to napięcie wielu wiernych odczytuje w słowach jezuity.
Nie byłoby może aż takiego poruszenia, gdyby nie kontekst. A ten jest dla o. Kramera wyjątkowo wymagający.
W 2020 roku zakonnik otrzymał zakaz wypowiedzi w mediach społecznościowych po głośnym komentarzu dotyczącym papieża-emeryta Benedykt XVI. Słowa, które zostały odebrane jako skrajnie niestosowne, wywołały reakcję przełożonych i falę krytyki. Miał być „czas na refleksję”.
Ale na tym się nie skończyło.
Kolejne wpisy – dotyczące dramatycznych wydarzeń społecznych czy publikacja kontrowersyjnej grafiki religijnej z elementami ideologii LGBT – również wywoływały sprzeciw. Za każdym razem pojawiał się podobny schemat: mocne słowa, szybka reakcja internautów, a potem wycofanie się lub usunięcie treści.
Dzisiejsza dyskusja wokół buddyzmu w szkołach wpisuje się w ten sam ciąg wydarzeń. I coraz trudniej oprzeć się wrażeniu, że nie chodzi już tylko o pojedyncze wypowiedzi, ale o pewien styl – balansujący na granicy między dialogiem a prowokacją.
Dodatkowe emocje budzi sposób reagowania jezuity na krytykę. Wielu użytkowników zwraca uwagę, że nawet spokojne, rzeczowe komentarze kończą się blokadą. Zamiast rozmowy – cisza. Zamiast wyjaśnienia – odcięcie się od odbiorców.
To o tyle zaskakujące, że właśnie duchowny – szczególnie zakonnik o takiej rozpoznawalności – powinien być gotowy na trudne pytania. Nawet jeśli są niewygodne.
Nie sposób nie zauważyć, że sprawa o. Kramera wpisuje się w szersze zjawisko. Część współczesnych jezuitów coraz częściej zabiera głos w sposób, który wywołuje konsternację wśród wiernych. Zakon o ogromnym dorobku intelektualnym i duchowym staje dziś wobec napięcia między tradycją a nowoczesnością – i nie zawsze wychodzi z tego napięcia bez strat.
Dla wielu katolików to sytuacja co najmniej niepokojąca.
Kapłan nie jest influencerem. Nie jest publicystą, który może dowolnie eksperymentować ze słowem. Jest świadkiem – a jego wypowiedzi mają realny wpływ na wiarę innych ludzi. Jeśli są niejasne, sprzeczne lub prowokacyjne, mogą prowadzić nie do dialogu, lecz do zamętu.
Dlatego kolejna medialna burza wokół o. Kramera nie jest tylko epizodem. To sygnał głębszego problemu. Pytania, które się pojawiają, są poważne:
Czy to jeszcze próba otwierania Kościoła na świat?
Czy już raczej niebezpieczne rozmywanie jego tożsamości?
I wreszcie – czy sam autor tych wypowiedzi nie powinien zatrzymać się na chwilę i zapytać, dokąd prowadzi obrana droga?
Bo jeśli nawet intencją jest dialog, to bez zakorzenienia w prawdzie bardzo łatwo zamienia się on w chaos. A chaos – jak pokazuje historia – nigdy nie służy wierze.


Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze