Na pierwszy rzut oka to zwyczajne bloki na warszawskiej Woli. Ulica Górczewska żyje swoim rytmem. A jednak od kilku tygodni w pięciu budynkach Spółdzielni Mieszkaniowej „Koło” trudno mówić o spokoju.
Nad mieszkańcami zawisło widmo roszczeń opiewających na 31 milionów złotych. Pieniądze ma zapłacić spółdzielnia – za „bezumowne korzystanie z terenu”. Teren, na którym bloki stoją od dekad.
Sprawa dotyczy gruntów, do których prawa rości sobie spółka Lokaty Budowlane. Jej argument opiera się na skomplikowanej historii reprywatyzacyjnej – jednej z tych, które od lat budzą w Warszawie emocje.

Początek tej opowieści sięga 1805 roku, gdy powstaje spółka C. Ulrich. Przez dziesięciolecia jej losy splatają się z historią miasta. W pierwszej połowie XX wieku grunty na Woli przechodzą na własność miasta stołecznego Warszawy, a później Skarbu Państwa. W 1958 roku państwo przejmuje Zakłady Ogrodnicze Ulrich.
Wydawałoby się, że sprawa jest zamknięta.
Ale w 1994 roku dochodzi do reaktywacji spółki C. Ulrich. To moment, który po latach stanie się osią całego sporu.
W 2012 roku minister rolnictwa uznaje decyzję z 1958 roku za nieważną. Skarb Państwa traci tytuł do nieruchomości. Trzy lata później grunty zostają sprzedane firmie Lokaty Budowlane.
Miasto nie zgadza się z tą interpretacją. W 2016 roku Warszawa kwestionuje decyzję ministra. W 2021 roku Sąd Apelacyjny w Gdańsku wydaje prawomocny wyrok, w którym stwierdza, że wybór władz reaktywowanej spółki „nie istnieje w sensie prawnym”.
Brzmi jak finał? Niekoniecznie.
Do sprawy od lat wraca społecznik Jan Śpiewak, znany z walki z patologiami reprywatyzacji. W ostrych słowach komentuje mechanizm, który – jego zdaniem – umożliwił obecne roszczenia.

– W jakim innym kraju ktoś kupuje numizmatyczne akcje sprzed stu lat na bazarze, a potem żąda oddania połowy dzielnicy? To wydarzyło się w Polsce – mówił, odnosząc się do reaktywacji spółki w latach 90. i późniejszych transakcji gruntowych.
W jego ocenie sądy potrafią wskazać nieprawidłowości, ale system nie wyciąga z nich realnych konsekwencji.
Dla mieszkańców Górczewskiej to jednak nie jest akademicka dyskusja o wadach transformacji. To pytanie o bezpieczeństwo ich domów.

Roszczenia mogą dotyczyć nawet tysiąca osób. W praktyce oznacza to rodziny, które od lat spłacają kredyty, remontują mieszkania, planują przyszłość w miejscu, które traktują jako własne.
Dziś słyszą, że grunt pod ich blokami może być przedmiotem wielomilionowego sporu.
Podczas jednej z miejskich konferencji zapytaliśmy prezydenta Warszawy, czy miasto planuje konkretne działania w obronie mieszkańców.
– Oczywiście, jesteśmy przez cały czas w kontakcie z panem burmistrzem, jak również z panem ministrem – odpowiedział krótko Rafał Trzaskowski.

To nie pierwsza deklaracja w tej sprawie. Wcześniej głos zabrał również Waldemar Żurek. Minister spotkał się z burmistrzem Woli i polecił Prokuraturze Krajowej przeprowadzenie szczegółowej analizy zarówno toczących się, jak i zakończonych postępowań związanych z tą sprawą.
Reprywatyzacja w Warszawie od lat jest tematem politycznym, prawnym i społecznym. Ale na Górczewskiej przybiera bardzo konkretny wymiar: rachunku na 31 milionów złotych i niepewności co do przyszłości.
Dla mieszkańców to ten spór to także pytanie, czy państwo – po latach zawiłości, reaktywacji i sądowych werdyktów – potrafi powiedzieć jasno, kto naprawdę ma prawo do ziemi, na której stoją ich domy.
Na razie odpowiedzi są krótkie. Emocje – znacznie większe.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze