Reklama

Polacy czekają na tanie czereśnie. Sadownicy mają fatalne wieści

Jeszcze kilka tygodni temu kilogram pierwszych czereśni kosztował więcej niż porządny obiad w restauracji. Na początku maja za owoce sprowadzane z Hiszpanii trzeba było zapłacić nawet ponad 100 zł za kilogram. Dziś ceny zaczęły powoli odpuszczać, ale dla wielu klientów nadal są zaporowe. Mimo to sprzedawcy nie narzekają na brak zainteresowania.

Wszystko dlatego, że czereśnie od lat pozostają symbolem początku lata — owocem, na który Polacy czekają wyjątkowo niecierpliwie. Problem w tym, że tegoroczny sezon stoi pod znakiem wielkiej niewiadomej. Sadownicy liczą straty po kwietniowych przymrozkach, importerzy zwiększają dostawy z południa Europy, a konsumenci zadają sobie jedno pytanie: kiedy czereśnie wreszcie będą naprawdę tanie?

Importowane czereśnie wciąż drogie, ale rynek zaczyna oddychać

Pierwsze owoce, które pojawiły się tej wiosny na rynku, pochodziły głównie z Hiszpanii i kosztowały fortunę. Dla wielu klientów ceny przekraczające 100 zł za kilogram były bardziej ciekawostką niż realną ofertą zakupową. Jednak wraz ze wzrostem podaży sytuacja zaczęła się zmieniać.

Reklama

Dziś kilogram importowanych czereśni kosztuje zazwyczaj od 65 do 80 zł. Najdroższe pozostają owoce największego kalibru, sprzedawane w niewielkich ilościach detalicznych. Mimo wysokich cen kupujących nie brakuje. Jak podkreślają handlarze z rynku hurtowego w Broniszach, problemem nie jest popyt, lecz ograniczona dostępność owoców.

Maciej Kmera, ekspert rynku hurtowego w Broniszach, zwraca uwagę, że ceny spadają nie dlatego, że klienci przestali kupować, ale dlatego, że na rynku pojawia się coraz więcej towaru. Do gry wchodzą kolejni importerzy, dojrzewają nowe partie owoców, a już za chwilę hiszpańskie czereśnie mogą dostać konkurencję z Bałkanów — między innymi z Serbii czy Grecji.

Reklama

To właśnie ten moment zwykle uruchamia prawdziwą walkę cenową. Im więcej owoców trafia na rynek jednocześnie, tym większa szansa, że ceny zaczną schodzić do poziomu akceptowalnego dla przeciętnego konsumenta.

Polskie czereśnie? „To jest wróżenie z fusów”

Największe emocje budzą jednak nie owoce z importu, lecz krajowe czereśnie, które tradycyjnie mają pojawić się na początku czerwca. Problem polega na tym, że nikt dziś nie potrafi odpowiedzieć, ile ich będzie i w jakiej cenie trafią do sprzedaży.

Eksperci mówią wprost: tegoroczny sezon jest wyjątkowo trudny do przewidzenia. Kwietniowe przymrozki uderzyły w sady dokładnie w momencie kwitnienia i zawiązywania owoców. W praktyce oznacza to, że część plonów mogła zostać zniszczona jeszcze zanim zdążyła się rozwinąć.

Reklama

— To jest wróżenie z fusów — przyznaje Maciej Kmera. Jak tłumaczy, nadal nie wiadomo, jaka była rzeczywista skala strat i ile owoców drzewa ostatecznie utrzymają. Na ostateczny wynik wpłynie też pogoda w kolejnych tygodniach.

Rynek będzie więc reagował na bieżąco. Jeśli polskich czereśni okaże się dużo, import szybko zacznie znikać z hurtowni. Jeśli jednak krajowych owoców zabraknie, lukę wypełnią dostawy z Bałkanów, a później także z Mołdawii czy Węgier.

Jedno pozostaje niezmienne: konsumenci nadal najbardziej ufają polskim owocom. Kupcy z Bronisz podkreślają, że lokalny towar sprzedaje się najlepiej praktycznie od razu po pojawieniu się na rynku. Decyduje nie tylko patriotyzm zakupowy, ale przede wszystkim smak i świeżość.

Reklama

Nie tylko mróz. Sadownicy walczą dziś z całą listą zagrożeń

Przymrozki były dopiero początkiem problemów. W rzeczywistości producenci czereśni są uzależnieni od pogody niemal na każdym etapie sezonu.

Jednym z największych zagrożeń pozostaje grad. W przeciwieństwie do chłodów działa punktowo i potrafi w kilka minut zniszczyć cały sad jednego plantatora, podczas gdy kilka kilometrów dalej owoce pozostaną nietknięte. Nie wszystkie gospodarstwa mają też zabezpieczenia w postaci siatek przeciwgradowych czy specjalnych osłon.

Równie niebezpieczne bywają intensywne opady tuż przed zbiorami. Czereśnie bardzo źle znoszą nadmiar wody — owoce zaczynają pękać, tracą jakość handlową i często nie nadają się już do sprzedaży premium. Dlatego coraz więcej plantatorów inwestuje w tunele foliowe oraz nowoczesne systemy ochrony upraw.

Reklama

Do tego dochodzi jeszcze problem, o którym mówi się co roku: brak rąk do pracy. Czereśnie zbiera się wyłącznie ręcznie, a sam zbiór wymaga doświadczenia i dużej ostrożności. Owoce trzeba nie tylko zerwać bez uszkodzeń, ale już podczas zbioru odpowiednio je sortować.

To właśnie koszty pracy mogą w tym sezonie odegrać kluczową rolę. Paradoks polega na tym, że im większe zbiory i niższe ceny owoców, tym bardziej rośnie udział kosztów zbioru w końcowej cenie produktu. Dla części sadowników może to oznaczać bardzo trudny sezon finansowy — nawet jeśli drzewka ugną się od owoców.

Reklama

Na razie pewne jest tylko jedno: tegoroczne ceny czereśni będą zależały nie od jednego czynnika, lecz od całego łańcucha wydarzeń — od pogody, przez skalę strat po przymrozkach, aż po dostępność pracowników i sytuację na europejskim rynku owoców. A odpowiedź na pytanie, ile naprawdę zapłacimy za polskie czereśnie, przyniesie dopiero czerwiec.

Źródło: biznes.interia.pl
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.

Zaloguj się

Najnowsze rolki



Reklama

Wideo WaWa.info




Reklama