Na kilka godzin przed inauguracją mistrzostw świata w piłce nożnej w Los Angeles trudno jeszcze poczuć atmosferę globalnego święta futbolu. Organizatorzy mówią o historycznym wydarzeniu i wielkiej promocji Stanów Zjednoczonych, ale na ulicach miasta emocje dopiero próbują się przebić przez codzienny rytm metropolii. Hotelarze liczyli na większy ruch, kibice narzekają na ceny biletów, a wielu mieszkańców bardziej interesuje się NBA niż mundialem. W kraju, który od dekad próbuje zakochać się w piłce nożnej, wszystko może jednak zmienić jedno — sukces reprezentacji USA.
Administracja Donalda Trumpa określa mistrzostwa jako symboliczny moment dla Ameryki — pokaz siły, organizacyjnych możliwości i otwartości kraju obchodzącego 250-lecie istnienia. Problem w tym, że w samym Los Angeles przed startem turnieju trudno dostrzec atmosferę wydarzenia, które za chwilę będzie śledzić cały świat.
Owszem, w okolicach stadionu w Inglewood pojawiły się banery FIFA zawieszone między palmami, a w telewizji regularnie emitowane są reklamy transmisji Fox Sports. Na tym jednak piłkarskie akcenty w dużej mierze się kończą. Na lotnisku LAX nie widać tłumów kibiców ani specjalnych stref powitalnych. W centrum miasta sporadycznie można natknąć się na ulicznych sprzedawców koszulek reprezentacji, najczęściej Meksyku. Lokalne bary już reklamują się jako „najlepsze miejsca do oglądania meczów”, ale bardziej przypomina to przygotowania do kolejnego sportowego weekendu niż do największej imprezy piłkarskiej świata.
– Szczerze? Spodziewałem się większego szaleństwa – mówi Alex Mendoza, pracownik wypożyczalni samochodów niedaleko stadionu i lotniska. – Biznes nie wygląda tak, jak myślałem. Hotele nadal mają sporo wolnych miejsc.
Mendoza przyznaje jednak, że sam będzie oglądał mundial z dużymi emocjami. Najpierw kibicuje USA, ale zaraz potem Meksykowi, skąd pochodzi jego rodzina. I właśnie ten wielokulturowy miks wydaje się dziś najciekawszym elementem amerykańskiego mundialu.
Na słabsze niż oczekiwano zainteresowanie zwraca uwagę również Jeff Zarrinnam, dyrektor Hollywood Hotel i członek zarządu LA Tourism Marketing District. Jak mówi, obłożenie hoteli jest wyraźnie niższe od przewidywań.
– Nadal mamy wolne pokoje, mimo że to weekend otwarcia mundialu. Jeszcze kilka lat temu byłoby to nie do pomyślenia – przyznaje.
Wspomina też mistrzostwa świata z 1994 roku, które do dziś są uznawane za przełomowy moment dla futbolu w USA. Tamten turniej przyciągał tłumy, bilety były bardziej dostępne, a miasta żyły mundialem przez wiele tygodni.
Tym razem problemem okazują się przede wszystkim ceny. Noclegi w Los Angeles wcale nie są rekordowo drogie — miejsca w hostelach można znaleźć nawet za kilkadziesiąt dolarów, a standardowe motele kosztują mniej niż w wielu europejskich stolicach. Zupełnie inaczej wygląda jednak sytuacja z wejściówkami na mecze.
Najtańsze bilety na spotkanie USA – Paragwaj w serwisach odsprzedażowych osiągają ceny sięgające kilkuset dolarów. Co więcej, wciąż pozostaje wiele niesprzedanych miejsc, co jeszcze kilka miesięcy temu wydawało się scenariuszem niemożliwym.
– Za bilety zapłaciłem absurdalnie dużo – śmieje się Hugues z Paryża, który przyleciał do Los Angeles specjalnie na mecz otwarcia reprezentacji USA i planuje też oglądać spotkania Francji. – Jestem podekscytowany, ale spodziewałem się większego „hype’u” wokół turnieju.
Podobne głosy słychać częściej. Wielu turystów celowo omija miasta gospodarzy, obawiając się korków, chaosu i windowanych cen. Paradoksalnie właśnie dlatego część branży turystycznej zamiast boomu notuje ostrożne zainteresowanie.
Choć w Los Angeles trudno dziś mówić o piłkarskiej euforii, mundial już pokazuje coś charakterystycznego dla amerykańskiego futbolu — jego niezwykłą różnorodność kulturową.
Wśród kibiców przed koncertem FIFA w Crypto.com Arena dominują koszulki Meksyku. 22-letni Luis z dzielnicy San Pedro przyznaje bez wahania, że bardziej emocjonują go mecze „El Tri” niż reprezentacja USA.
– Na mundial oczywiście będę patrzył, ale bilety są za drogie. Mecz Meksyku obejrzę z kolegami w barze – mówi.
Nicole, pochodząca z Wenezueli mieszkanka Los Angeles, kibicuje z kolei Brazylii.
– Wenezuela prawie nigdy nie gra na mundialu, więc trzeba znaleźć sobie drużynę zastępczą – tłumaczy ze śmiechem.
Dodaje jednak, że atmosfera wokół turnieju miesza się z napięciami politycznymi i dyskusją o polityce migracyjnej USA.
– Piłka nożna powinna łączyć ludzi, a nie tworzyć bariery. Mundial ma być świętem otwartości i wspólnej zabawy – podkreśla.
Właśnie na tę jednoczącą siłę futbolu liczy Clint Mathis, były reprezentant USA i uczestnik mundialu 2002, podczas którego Amerykanie dotarli aż do ćwierćfinału.
– Mundial 1994 pokazał Ameryce, że tutaj naprawdę istnieją kibice piłki nożnej. Bez tamtego turnieju nie byłoby dziś MLS w obecnym kształcie – mówi były napastnik.
Jego zdaniem tegoroczne mistrzostwa mogą być kolejnym przełomem, ale pod jednym warunkiem: reprezentacja USA musi osiągnąć dobry wynik.
– Jeśli Amerykanie zaczną wygrywać, ludzie naprawdę zainteresują się futbolem. Wtedy ten sport może wejść na zupełnie nowy poziom popularności – ocenia.
Na razie jednak Los Angeles bardziej przypomina miasto czekające na start mundialu niż miasto, które już nim żyje. Być może Ameryka potrzebuje po prostu pierwszego wielkiego meczu, pierwszego zwycięstwa i pierwszej eksplozji emocji, żeby futbolowa gorączka wybuchła naprawdę.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze