Rosyjskie bezzałogowce nad Polską nie pojawiły się przypadkiem. To element szerszej gry Moskwy – test odporności, sprawdzian reakcji i próba wywołania niepokoju w polskim społeczeństwie. Eksperci nie mają wątpliwości: mamy do czynienia z kolejnym etapem eskalacji rosyjskich działań wobec NATO.
– Od przypadkowych incydentów sprzed dwóch lat przeszliśmy do intencjonalnych naruszeń, a dziś do masowych wlotów całych grup dronów – mówi dr Michał Piekarski z Uniwersytetu Wrocławskiego. – To pokazuje, że Rosja coraz śmielej testuje granice cierpliwości Zachodu.
Podobne prowokacje miały już miejsce nad Litwą, Rumunią czy Mołdawią. Polska jednak – jako kluczowe państwo NATO na wschodniej flance – staje się szczególnym celem.
Eksperci zwracają uwagę, że czas incydentu nie jest przypadkowy. Już 12 września na Białorusi rozpoczną się manewry Zapad-25 – największe ćwiczenia rosyjsko-białoruskie.
– To klasyczna demonstracja siły. Moskwa wysyła sygnał: „Mamy narzędzia i wolę, aby ich użyć. Bójcie się wojny” – komentuje dr Piekarski.
Podobnie uważa Bartłomiej Kucharski z magazynu Wojsko i Technika: – Ćwiczenia serii Zapad to zawsze testowanie systemu odpornościowego przeciwnika. Chodzi o to, by wywołać chaos, nadwyrężyć zasoby i „podkręcić atmosferę” w Polsce.
Decyzje polskich sił zbrojnych – selektywne zestrzeliwanie maszyn – eksperci oceniają jako właściwe.
– Strzela się głównie do tych celów, które mogą spaść na kluczowe obiekty czy gęsto zaludnione tereny. Nawet Izrael musi dokonywać priorytetyzacji – tłumaczy Kucharski.
Problemem jest także bezpieczeństwo ruchu cywilnego. – W odróżnieniu od Ukrainy nasza przestrzeń powietrzna nie jest zamknięta. Przed użyciem rakiety trzeba mieć wizualne potwierdzenie celu – podkreśla dr Piekarski.
Dlatego w działaniach obronnych obok myśliwców wykorzystywano również śmigłowce – zarówno bojowe Mi-24, jak i transportowe Mi-17 czy Black Hawk.
To pierwszy przypadek tak masowego naruszenia przestrzeni powietrznej kraju NATO od początku rosyjskiej agresji na Ukrainę. Konsekwencje będą zarówno polityczne, jak i militarne.
– Powinniśmy się spodziewać wzmocnienia obecności NATO w Polsce i krajach bałtyckich – mówi Kucharski. – Kilka kluczy myśliwców, dodatkowe baterie przeciwlotnicze – to minimum.
Dr Piekarski dodaje, że w dłuższej perspektywie Polska potrzebuje lepszego systemu obserwacji i neutralizacji zagrożeń: od aerostatów radiotechnicznych „Barbara”, przez samoloty wczesnego ostrzegania, aż po wyspecjalizowane jednostki antydronowe.
Rosja w ostatnich tygodniach używała w atakach na Ukrainę nawet 800 pocisków i dronów jednocześnie. W środowym incydencie nad Polską pojawiło się ich 458. Skala rośnie – i nic nie wskazuje na to, by Moskwa zamierzała odpuścić.
Dlatego, jak podkreśla Kucharski, kluczowe są nie tylko polskie działania obronne, lecz także wsparcie dla Ukrainy: – Im więcej Rosja straci ludzi i sprzętu za Dnieprem, tym bezpieczniejsza będzie Warszawa.
Symboliczny wydźwięk ma również oferta prezydenta Ukrainy Wołodymyra Zełenskiego, który zadeklarował pomoc w rozbudowie polskiego systemu wczesnego ostrzegania. To jasny sygnał – losy bezpieczeństwa Polski i Ukrainy są ze sobą nierozerwalnie związane.
Rosyjskie drony nad Polską to nie incydent, lecz świadoma prowokacja. Moskwa sprawdza, jak daleko może się posunąć. Polska odpowiedziała zdecydowanie – ale teraz potrzebne są dalsze działania NATO, przyspieszenie programów modernizacyjnych i konsekwentne wspieranie Ukrainy. Bo choć rosyjskie drony mają podkręcać atmosferę strachu, to jedynie solidarna reakcja może ją ostudzić.
red./PAP
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze