Reklama

Zorze polarne nad Warszawą były cudem. Teraz taki widok stanie się rzadkością

Jeszcze niedawno nocne niebo potrafiło zaskoczyć nawet mieszkańców dużych miast. Zorze polarne, zwykle kojarzone z północnymi krańcami globu, pojawiały się również nad Warszawą. To efekt wyjątkowo aktywnego okresu naszej gwiazdy. Teraz jednak ten spektakl powoli dobiega końca.

Jak tłumaczy badaczka jonosfery Helena Ciechowska z Centrum Badań Kosmicznych PAN, Słońce działa w rytmie, który przypomina puls — mniej więcej co 11 lat jego aktywność rośnie, by później znów wyhamować. Ten cykl można śledzić, obserwując plamy słoneczne. Gdy jest ich najwięcej, mówimy o maksimum aktywności. Kiedy niemal znikają — nadchodzi minimum.

Dziś jesteśmy już po szczycie.

– Widać wyraźnie, że liczba plam maleje, a to oznacza, że Słońce się uspokaja. Niestety, wraz z tym kończy się też okres częstych zórz polarnych – mówi ekspertka.

Reklama

Kosmiczny spektakl, który na chwilę zawitał nad Polskę

Ostatnie miesiące były dla obserwatorów nieba prawdziwym prezentem. Silne burze geomagnetyczne sprawiły, że zorze można było oglądać tam, gdzie zwykle są rzadkością.

– Jedną z nich widziałam w centrum Warszawy. To naprawdę niezwykłe doświadczenie, zwłaszcza biorąc pod uwagę ogromne zanieczyszczenie światłem – wspomina Ciechowska.

Zjawisko to powstaje, gdy naładowane cząstki wiatru słonecznego docierają do Ziemi i wchodzą w interakcję z jej atmosferą. „Bombardują” jonosferę — najwyższą warstwę atmosfery, rozciągającą się od około 60 do nawet 1000 kilometrów nad powierzchnią planety.

Reklama

Efekt? Rozświetlone niebo w odcieniach zieleni, czerwieni, a czasem także różu czy błękitu. Kolory zależą od tego, jakie pierwiastki uczestniczą w tym kosmicznym tańcu i na jakiej wysokości zachodzi zjawisko. Tlen świeci zwykle na zielono lub czerwono, azot — na niebiesko i różowo.

Latem zorze również są możliwe, ale krótkie noce sprawiają, że trudniej je dostrzec.

Niewidzialna warstwa, która chroni — i czasem zawodzi

Jonosfera, choć niewidoczna, odgrywa kluczową rolę w funkcjonowaniu współczesnego świata. To ona odpowiada m.in. za rozchodzenie się fal radiowych. Kiedy jednak dochodzi do jej zaburzeń, skutki mogą być odczuwalne na Ziemi.

Reklama

– W skrajnych przypadkach mogą wystąpić tzw. blackouty radiowe, czyli przerwy w łączności – wyjaśnia badaczka.

Pytanie o bardziej dramatyczne scenariusze — jak globalne zakłócenia systemów nawigacyjnych — nie jest więc czystą fantastyką. Historia zna takie przypadki. Najsłynniejszy to tzw. burza Carringtona z 1859 roku, jedno z najpotężniejszych zdarzeń geomagnetycznych w historii.

Dziś, w epoce satelitów i zaawansowanej elektroniki, skutki podobnego zjawiska mogłyby być znacznie poważniejsze.

Słońce daje czas na reakcję

Nie oznacza to jednak, że jesteśmy wobec takich zjawisk bezbronni. Wyrzuty koronalne masy (CME), czyli ogromne chmury plazmy wyrzucane przez Słońce, potrzebują czasu, by dotrzeć do Ziemi — zwykle od 20 do 70 godzin.

Reklama

– To daje możliwość przygotowania się: dostosowania parametrów systemów, a w skrajnych przypadkach ich czasowego wyłączenia – podkreśla Ciechowska.

Wyjątkiem była wspomniana burza Carringtona — wtedy materia dotarła do Ziemi w zaledwie kilkanaście godzin.

Choć więc wizje „kosmicznego kataklizmu” brzmią efektownie, rzeczywistość jest bardziej złożona. Burze słoneczne nie zagrażają bezpośrednio życiu na Ziemi, ale mogą poważnie zakłócić funkcjonowanie technologii, od których jesteśmy dziś uzależnieni.

Reklama

A zorze? Na razie trzeba się pogodzić z tym, że będą pojawiać się rzadziej. Kosmiczne widowisko nie znika jednak na zawsze — po prostu robi przerwę, by za kilka lat wrócić z nową siłą.

Źródło: PAP Aktualizacja: 22/04/2026 00:47
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.

Zaloguj się

Najnowsze rolki



Reklama

Wideo WaWa.info




Reklama
Najnowsze wiadomości