5 stycznia 1946 roku na ulice Warszawy wyjechał pierwszy powojenny trolejbus. Dziś brzmi to jak miejska ciekawostka, ale wtedy był to symbol odbudowy, nadziei i powrotu do normalności w mieście, które dopiero podnosiło się z ruin.
Transport rodził się z gruzów
Choć oficjalnie daty wskazują: autobusy – kwiecień 1945, tramwaje – czerwiec, trolejbusy – styczeń 1946, to prawdziwa historia była znacznie cięższa. Zanim „kółka zaczęły się kręcić”, pracownicy Miejskich Zakładów Komunikacyjnych odgruzowywali miasto ręcznie – łomami i młotami – i uczestniczyli w pochówkach tysięcy ofiar wojny. Dopiero potem można było myśleć o transporcie.
Elektryczna alternatywa bez torów
Zniszczona infrastruktura tramwajowa sprawiła, że potrzebne było rozwiązanie szybkie i elastyczne. Tak do Warszawy wróciły trolejbusy – elektryczne autobusy zasilane z sieci trakcyjnej. Pojazdy pochodziły z ZSRR – były to wyeksploatowane JaTB-2, przekazane wraz z osprzętem. Zanim ruszyły na miasto, 20 warszawskich kierowców i mechaników szkoliło się w Moskwie.
Pierwsza jazda i pasażer na gapę
31 grudnia 1945 roku odbyła się jazda próbna. Oficjalnie – dla członków Krajowej Rady Narodowej. Nieoficjalnie – dla 13-letniego Włodzia, byłego łącznika z czasów okupacji, który został pierwszym warszawskim pasażerem trolejbusu. Prasa pisała o nim z dumą.
„Wygodniej i szybciej niż tramwaj”
Pierwszy dyrektor MZK po wojnie, Jan Kubalski, zapowiadał rewolucję: kursy co 6 minut, 33 miejsca siedzące, prędkość ponad 30 km/h i wygodę, jakiej Warszawa nie znała. Rzeczywistość szybko zweryfikowała te plany. Tłok, awarie i przeładowane wozy stały się codziennością, a Leopold Tyrmand pisał z ironią o „nieprzytomnej złości” pasażerów czekających na wypchane „trajlki”.
Sympatia mimo wszystko
Sprzęt był zużyty, sieć budowana w pośpiechu, podstacje składane z poniemieckich elementów, a mimo to warszawiacy pokochali trolejbusy. Nadali im czułe nazwy: trajlusie, trajlki. Byli też złośliwi – wołgograty, stalince. Stały się częścią miejskiego folkloru, o którym pisał Wiech, a śpiewał Bułat Okudżawa.
Krótka, ale ważna historia
Linie rozbudowywano – m.in. do Dworca Gdańskiego – lecz już pod koniec lat 40. zaczęto je likwidować, ustępując miejsca nowym arteriom i tramwajom. Trolejbusy zniknęły z Warszawy, ale ich rola była nie do przecenienia.
Dla powojennego miasta nie były tylko środkiem transportu. Były dowodem, że Warszawa żyje, rusza się i wraca do siebie. Nawet jeśli robiła to na kablu.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze