Jeszcze nie tak dawno pewne rzeczy wydawały się oczywiste. Nauczyciel – ten, który uczy, wychowuje, pokazuje młodym ludziom, jak wygląda świat dorosłych – był kimś, kto swoją postawą, słowem, zachowaniem, ale i wyglądem dawał przykład. Garnitur, schludność, umiar – to nie były rekwizyty konserwatyzmu, lecz element szacunku wobec roli, jaką się pełniło.
Dziś jednak coraz częściej widzimy, że granice tego, co „godne” zawodu nauczyciela, przesuwają się w zastraszającym tempie. Nie chodzi już tylko o sposób bycia czy język, ale o coś znacznie bardziej widocznego – tatuaże. Kiedyś kojarzone z marginesem, dziś z „indywidualizmem”, „wolnością”, „ekspresją”. Tylko czy rzeczywiście każdy, kto chce uczyć nasze dzieci, powinien wyglądać jak billboard własnych emocji?
Ludzie tatuują się z różnych powodów. Dla jednych to forma sztuki, dla innych – pamiątka po kimś lub czymś. Ale nierzadko tatuaż to rodzaj amuletu, który ma chronić, przypominać o bólu lub przemianie. Ciało staje się pamiętnikiem emocji, traum i pragnień – zrozumiałe, lecz czy potrzebne w zawodzie, który wymaga spokoju, zaufania i autorytetu?
Przykład Marcina Józefaciuka – dziś posła, a wcześniej nauczyciela i wicedyrektora szkoły w Łodzi – jest tu symboliczny.
Sam opowiadał, że jego ciało w 80 procentach pokrywają tatuaże. W młodości był otyły, wyśmiewany, cierpiał z powodu prześladowań. Schudł, zaczął trenować sport, a tatuaże miały – jak sam przyznaje – „zakryć ciało, które było powodem tylu cierpień”. Uciekł więc od przeszłości, przykrywając ją tuszem.
To historia ludzka, szczera, może nawet wzruszająca. Ale też symptomatyczna. Bo nawet w niej widać, że tatuaż jest znakiem jakiegoś braku, jakiejś walki z samym sobą. Czegoś, co trzeba było zagłuszyć, przerysować, „naprawić” na własnej skórze.
Czy to naprawdę obraz stabilności, spokoju, autorytetu – tego, czego oczekujemy od pedagoga?
Nie chodzi o moralizowanie. Chodzi o proporcje. Nauczyciel nie jest celebrytą, nie jest performerem, który ma szokować, zaskakiwać, „wyrażać siebie”. Jest kimś, kto wchodzi w przestrzeń, gdzie każde jego słowo, gest i wygląd stają się wzorem. Dzieci nie oceniają intencji – one widzą obraz. I jeśli obraz ten staje się agresywny, mroczny, niepokojący – coś zgrzyta.
Rodzice, którzy przychodzą na zebranie i widzą nauczycielkę (nawet z przedszkola!) z całymi rękami wytatuowanymi w czaszki, róże i symbole niejasnego pochodzenia, mają prawo się zastanawiać: czy to naprawdę ktoś, komu powierzam swoje dziecko?
Wbrew temu, co mówią zwolennicy „nowoczesności”, to nie jest przejaw uprzedzenia. To naturalna reakcja na zmianę kodu kulturowego. Bo jeszcze nie tak dawno tatuaż niósł konkretne znaczenia – bunt, przynależność do środowisk, które nie uznawały zasad. Dziś te znaczenia nie zniknęły całkowicie. Po prostu je oswoiliśmy. Ale czy oswojenie oznacza, że wszystko jest dobre?
Warto tu przywołać wyniki badań Karoline Mortensen, Michaela T. Frencha i Andrew R. Timminga, które ukazały się w międzynarodowym czasopiśmie naukowym.
Badacze przeanalizowali grupę 2008 dorosłych Amerykanów i sprawdzili, czy tatuaże mają związek z określonymi aspektami zdrowia i zachowań. Wyniki są niepokojące:
okazało się, że osoby z tatuażami częściej cierpią na zaburzenia psychiczne, problemy ze snem, częściej palą, przebywały w więzieniu lub angażują się w zachowania ryzykowne. Im więcej tatuaży, im bardziej widoczne lub kontrowersyjne – tym silniejsza korelacja.
Autorzy badań konkludują wprost: posiadanie tatuażu może być wskaźnikiem problemów ze zdrowiem psychicznym i skłonności do ryzyka.
Nie znaczy to oczywiście, że każdy wytatuowany człowiek jest „zły” czy „niebezpieczny”. Ale skoro nauka pokazuje pewne tendencje, to czy nie mamy prawa oczekiwać od nauczycieli szczególnej ostrożności – także w tym, jak się prezentują?
Niektórzy mówią: „To przecież tylko ciało! Co ma wspólnego tatuaż z tym, jakim ktoś jest nauczycielem?”.
Otóż ma – i to bardzo wiele. Ciało, sposób ubioru, sposób mówienia to język wartości, który komunikujemy światu. W zawodach zaufania publicznego – nauczyciel, lekarz, duchowny – ten język ma znaczenie. Bo ci ludzie nie są „prywatni”. Oni są symbolem pewnych postaw.
I może właśnie w Dniu Nauczyciela warto przypomnieć, że prawdziwa nowoczesność nie polega na tym, by szokować, ale by umieć zachować granice. By wiedzieć, że wolność osobista kończy się tam, gdzie zaczyna się odpowiedzialność za młodych ludzi.
Nie chodzi o powrót do mundurków czy zakazów – chodzi o rozsądek i smak. Bo nauczyciel z tatuażem na karku, z kolczykiem w wardze i ręką wytatuowaną w płomienie może być dobrym człowiekiem. Ale czy będzie autorytetem? Czy jego wygląd nie przysłoni tego, co naprawdę chce przekazać?
Może więc ten 14 października – Dzień Edukacji Narodowej – to dobry moment, by zapytać: czy naprawdę wszystko, co modne, musi być dobre?
Czy nauczyciel ma obowiązek być „cool”, czy raczej ma być wzorem?
Bo dzieci, które dziś widzą w szkole kolorowych, wytatuowanych dorosłych, jutro też będą chciały „się wyrazić”. I kto im powie, gdzie kończy się ekspresja, a zaczyna przesada?
Niech więc ta refleksja zabrzmi dziś głośno: autorytet zaczyna się od szacunku – także do własnego wizerunku.
BROL
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze