Zbrodnie, które wstrząsnęły Warszawą, doczekały się ostatecznego finału. Warszawski Sąd Apelacyjny utrzymał w mocy wyrok dożywotniego pozbawienia wolności dla Jerzego B. – mężczyzny, który udając zainteresowanego wynajmem lub kupnem domów, mordował ich właścicieli.
To historia, która na długo pozostanie w pamięci mieszkańców stolicy. W latach 2013–2014 na warszawskich Sadybie i Ursynowie doszło do dwóch brutalnych zabójstw. W obu przypadkach schemat działania sprawcy był identyczny: umawiał się na oglądanie nieruchomości, a podczas spotkania atakował ofiary nożem.
Z pozoru był zwykłym warszawiakiem. 63-letni dziś Jerzy B., mieszkaniec Ursynowa, wcześniej rozwiedziony, bez pracy, interesował się giełdą i sprawiał wrażenie człowieka obytego. W rzeczywistości prowadził podwójne życie.
Pierwszą zbrodnię popełnił w lutym 2013 roku. Podając się za zamożnego inwestora, umówił się z 70-letnim emerytowanym lekarzem, Jerzym O., który chciał wynająć dom na Sadybie. W czasie oględzin mężczyzna rzucił się na ofiarę i zadał jej osiem ciosów ostrym narzędziem. Policja znalazła zakrwawiony nóż, ale śledczy uznali, że był to jedynie rekwizyt mający zmylić trop.
Kilka miesięcy później, w sierpniu 2013 roku, na Ursynowie odnaleziono ciało 63-letniej Elżbiety S.
Kobieta, podobnie jak poprzednia ofiara, wystawiła ogłoszenie o wynajmie swojego domu. Na spotkanie przyszedł Jerzy B. – ten sam, który wcześniej zabił lekarza. Ofiara była skrępowana i zginęła od kilkunastu ciosów nożem.
Warszawiacy zaczęli mówić o nim jako o „mordercy z ogłoszenia”. Strach sparaliżował rynek wynajmu – właściciele nieruchomości bali się spotykać z potencjalnymi klientami, a stołeczna policja prowadziła zakrojone na szeroką skalę śledztwo.
Mężczyzna przez wiele miesięcy pozostawał nieuchwytny. Zatrzymano go dopiero w marcu 2014 roku. Okazało się, że mieszkał na Ursynowie, niedaleko miejsca jednej ze zbrodni.
Choć Jerzy B. do końca nie przyznał się do winy, policja dysponowała niepodważalnymi dowodami:
śladami DNA pozostawionymi na ubraniach ofiar,
oraz analizą głosu nagranego na poczcie głosowej jednej z zamordowanych kobiet.
Podczas procesu utrzymywał, że doszło do pomyłki. — Nie przyznaję się do zarzucanych mi czynów. Nie wiem, dlaczego tu jestem — mówił w sądzie. Sędziowie nie dali jednak wiary jego wyjaśnieniom.
W 2016 roku zapadł pierwszy wyrok – dożywotnie pozbawienie wolności. Teraz, po latach apelacji, Warszawski Sąd Apelacyjny utrzymał wyrok w mocy, uznając, że kara jest „w pełni adekwatna do skali brutalności i bezwzględności sprawcy”.
Oznacza to, że Jerzy B. spędzi resztę życia w więzieniu.
Warszawiacy do dziś pamiętają tamten strach – ogłoszenia o wynajmie domów przestały pojawiać się w prasie i internecie, a właściciele nieruchomości często prosili bliskich, by towarzyszyli im podczas spotkań z potencjalnymi najemcami.
Zabójstwa Jerzego B. były jednymi z najgłośniejszych w ostatnich dekadach w stolicy. Brutalne, pozbawione motywu emocjonalnego i wymierzone w przypadkowe ofiary, wstrząsnęły opinią publiczną.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze