Od topornego, zbitego z grubych desek stołu podniosło się jednocześnie trzech mężczyzn odzianych w pustynne mundury Wojska Polskiego.
Uścisnęli sobie wzajemnie dłonie i najstarszy z nich, noszący na naramiennikach dystynkcje majora, rzucił na pożegnanie: „Powodzenia, panowie!”. Dwaj pozostali w stopniach kapitanów odparli zgodnym chórem: „Dziękujemy!”, po czym wszyscy rozeszli się w różnych kierunkach. Postronny obserwator mógł odnieść wrażenie, że ludzie ci zakończyli jakąś ważną naradę i miałby rację, bowiem właśnie dobiegła finału codzienna odprawa zadaniowa w – położonej w Karbali – bazie Polskiego Kontyngentu Wojskowego, wchodzącego w skład Międzynarodowych Sił Stabilizacyjnych w Republice Iraku. Po przebyciu kilku metrów, jeden z byłych obradujących przystanął, zapalił papierosa, zaciągnął się z rozkoszą dymem i znów powolnym krokiem ruszył przed siebie. Był to wysoki smukły żołnierz o bardzo krótko ostrzyżonych włosach i ze starannie ogoloną twarzą. Podwinięte rękawy uniformu odsłaniały opalone żylaste przedramiona, co pozwalało wnioskować, że spędza on wiele czasu na hali sportowej intensywnie trenując, za czym – dodatkowo – przemawiał jego sprężysty krok. Gdy oficer przechodził obok niedomkniętych drzwi jednego z kontenerów sztabowych, z wnętrza dobiegł go czyjś głos: „Miałeś przyjść do mnie, łotrze z Golgoty, i się wyspowiadać!”. Zagadnięty przystanął, zwrócił głowę w kierunku mówcy i szyderczo odparł: „Padre, święty mężu! Akurat ciebie nie mogę maltretować mymi grzechami, albowiem psycha twa delikatna mogłaby doznać poważnego uszczerbku!”. Po czym, już na poważnie, indagowany palacz tytoniu dorzucił: „Cześć, Mariusz!”.