Takich tłumów na placu Defilad nie widziano od lat. Warszawiacy cieszyli się na myśl, że stolica w końcu doczekała się bożonarodzeniowego jarmarku z prawdziwego zdarzenia, więc postanowiłam to sprawdzić. Zamiast jednak zanurzyć się w świątecznym nastroju, musiałam dosłownie torować sobie drogę przez labirynt stoisk i masę zdezorientowanych ludzi. W mediach społecznościowych internauci porównywali frekwencję do największych zgromadzeń w historii tego miejsca, sugerując, że podobne tłumy widziano tu ostatnio w latach 50. Trudno odmówić im racji — liczba osób, które postanowiły odwiedzić jarmark w premierowy weekend, najpewniej znacznie przerosła przewidywania organizatorów.
W sobotnie popołudnie, 29 listopada, plac Defilad dosłownie pękał w szwach. Już na wejściu sytuacja była problematyczna — wąskie gardła między stoiskami nie były w stanie pomieścić napierającej ze wszystkich stron kolejnej fali odwiedzających. W środku było jeszcze trudniej. Ludzie poruszali się w ciasno zbitych grupach, nieustannie ocierając się o siebie i próbując posuwać się naprzód niemal na oślep.
Zewsząd padały komentarze wyrażające bezradność i frustrację. Jedni narzekali, że nie da się ruszyć ani w jedną, ani w drugą stronę, inni porównywali sytuację do gigantycznego korka. Pojawiały się głosy, że jest to wręcz „dramat” i należałoby czym prędzej opuścić teren jarmarku. Z tłumu nieustannie przebijało się też jedno pytanie: którędy do grzanego wina?
Dodatkowym utrudnieniem był wizualny dysonans między świątecznymi dekoracjami a otoczeniem placu Defilad. Intensywne światła reklam, jaskrawe neony sklepów przy Marszałkowskiej i potężne biurowce wyrastające tuż za stoiskami sprawiały, że atmosfera świątecznego miasteczka rozmywała się w miejskim zgiełku. Do tego dochodził diabelski młyn w jaskrawych barwach i podświetlony intensywną zielenią Pałac Kultury — razem tworzyły kalejdoskop bodźców, który bardziej męczył, niż wprowadzał w nastrój.
W efekcie zamiast klimatycznego jarmarku można było poczuć się, jakby trafiło się do świątecznej cepelii zamkniętej w neonowym akwarium. Choć organizatorzy starali się stworzyć atmosferę bożonarodzeniowego miasteczka, liczne atrakcje rodem z odpustowych festynów — losowania, strzelnice, gigantyczne pluszaki czy błyszczące plastikowe gadżety — nadawały przestrzeni nieco kiczowaty charakter.
Influencerzy i testerzy jedzenia od piątku zachęcali, by odwiedzić jarmark, więc nic dziwnego, że w weekend zainteresowanie eksplodowało. Niestety, aby samemu spróbować polecanych smakołyków, trzeba było uzbroić się w ogromne pokłady cierpliwości.
Na większość atrakcji i przekąsek czekało się mniej więcej godzinę: tyle zajmowało zdobycie pajdy chleba ze smalcem, langosza czy kubka grzanego wina. Na przejażdżkę kołem widokowym trzeba było poświęcić nawet półtorej godziny. Wiele osób wprost mówiło, że nie zamierzają stać tak długo po coś tak banalnego jak kromka chleba. Trudno było nie zrozumieć tej irytacji.
Brakowało też miejsca do swobodnego jedzenia. Goście konsumowali swoje porcje na stojąco, w ciasnych prześwitach między straganami a niekończącą się rzeką ludzi. Nic dziwnego, że wielu z nich w końcu rezygnowało i opuszczało teren jarmarku, szukając spokojniejszego miejsca w centrum. Sama postąpiłam tak samo.
Na pocieszenie pozostają rozsądne ceny. Kubek grzanego wina lub ponczu kosztował 20 zł — tyle samo, co pajda chleba ze smalcem czy pieczone kasztany. Popularny na jarmarkach langosz kosztował 30 zł, a ser smażony z żurawiną 9 zł. Tradycyjne polskie potrawy również nie były przesadnie drogie — porcja kiełbasy z dodatkami to koszt 29 zł, a bigos, żurek czy grochowa mieściły się w okolicach 25 zł.
Trzeba jednak uczciwie przyznać, że w dużej mierze winne chaosu są tłumy, których skali organizatorzy prawdopodobnie nie byli w stanie przewidzieć. Premierowy weekend, szeroka promocja i ogromne oczekiwania przyciągnęły więcej osób, niż cokolwiek w tym miejscu mogłoby komfortowo pomieścić.
Wizyta na jarmarku z pewnością okaże się znacznie przyjemniejsza w tygodniu, najlepiej przed południem. Weekendowa wyprawa natomiast może skończyć się zanurzeniem w iście jarmarcznym piekiełku.
Źródło: turystyka.wp.pl
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze