Próbował czytać jakąś powieść sensacyjną, ale przewracając nastą stronę złapał się na tym, że nawet nie miał pojęcia, jaki jest tytuł książki i jak brzmi nazwisko jej autora...
Rozbiegane myśli nie dawały się okiełznać, więc zatrzasnął okładki, odłożył pozycję pod łózko, zwinął się w kłębek na prawym boku i postanowił zasnąć, jednak wredny Morfeusz miał tego dnia zajęcie w jakimś innym miejscu, toteż jego objęcia omijały leżącego szerokim łukiem. Przekręcił się więc na plecy, splótł dłonie pod głową, wycelował obydwa łokcie w sufit i zaczął kontemplować plamy na grzbiecie gekona, który w jakiś czarodziejski sposób wisiał na stropie plecami w dół. Cztery łapki jaszczurki były szeroko rozstawione i silnie przylegały do urozmaiconej brudnymi zaciekami – wieki wcześniej, pewnie białej – powały, nieruchomy ogon gada był podwinięty aż pod tułów, a jedynie głowa wolno przesuwała się w różnych kierunkach, szukając owadów. Zwierzę, już dość dawno temu – chyba zaraz na początku lutego 2004 roku – znalazł, pojmał i przyniósł do izby Jacek, okupujący sąsiednie łóżko serdeczny kompan i współlokator roztargnionego czytelnika. Początkowo, ich nowy kamrat czuł się chyba nieswojo w nowym środowisku i nie miał większej ochoty na czyjekolwiek towarzystwo. Jednoznacznie zademonstrował swe odczucia skutecznie znikając gdzieś w rogu – zaadaptowanej na coś przypominającego sypialnię z salonem w jednym – piwnicznej nory, za chybotliwym regałem, na którego półkach złożone były żołnierskie zasobniki, amunicja, granatniki przeciwpancerne, konserwy, świece, zapałki saperskie, plastikowe sztućce i sam tylko Allah wie, co jeszcze. Jaszczur przesiedział tam w bezruchu kilkanaście godzin, ale głód pokonał jego urażoną dumę, więc po pewnym czasie wychynął z czeluści i rozpoczął biesiadowanie, łapczywie pożerając walające się na kamiennej posadzce truchła much. Gdy zakończył konsumpcję, znów skrył się w swej samotni, ale tym razem na krócej, bowiem przeczuwając, że nie grozi mu żadne niebezpieczeństwo, postanowił udać się na przechadzkę po zagraconym pokoju, zakańczając ją przekąską z wielkiego komara, który nieopatrznie pojawił się na brudnej okiennej szybie. Łuskonośny rychło poczuł się niczym u siebie i przestał zwracać najmniejszą uwagę mieszkających z nim ludzi, a homo sapiens szybko wykryli, że dzięki gadzinie przestały ich prześladować te wredne, arabskie, do tego niebezpiecznie bezgłośne moskity i bezczelne, też arabskie muszyska. Był to niezbity dowód, że nie ma zgodniejszej istoty na świecie, niż polski żołnierz.