O branży animacji filmowej i efektów specjalnych zwykło się mówić przy okazji spektakularnych sukcesów konkretnych tytułów. Tak jak teraz, gdy film „Chłopi” stał się polskim kandydatem do Oscara, czy wcześniej, gdy Mariusz Wilczyński zdobywał Złote Lwy dla „Zabij to i wyjedź z tego miasta”. Tymczasem szacunkowa wartość rynku animacji i VFX w Polsce to 350 milionów złotych, a branża ma potencjał, by rozwijać się równie dobrze, jak jej odpowiedniczki we Francji, Irlandii czy krajach Beneluxu. Dlaczego tak się nie dzieje?
Na przeszkodzie w rozwoju sektora stoi rozproszenie branży i brak silnego wspólnego głosu. Brak też wystarczającej liczby pracowników o praktycznych umiejętnościach zawodowych, ważnych z punktu widzenia przedsiębiorców tej branży. Do tego dochodzi słaba rozpoznawalność sektora jako miejsca pracy, zorientowanie twórców na artystyczną pracę indywidualną, brak znajomości realiów branży czy zbyt mała liczba dostępnych inicjatyw edukacyjnych. Nie ma też systemu porządkującego i certyfikującego kursy przygotowujące do zawodu. To z kolei sprawia, że przedstawiciele studiów producenckich przejmują na siebie ciężar przygotowania do pracy nowych pracowników.