Jeszcze kilka miesięcy temu przy Łazienkowskiej nikt nie mówił o europejskich pucharach. W Warszawie dominowały zupełnie inne emocje - frustracja, rozczarowanie i strach przed kompromitacją, która mogła przejść do historii klubu. Legia, zbudowana latem z wielkimi ambicjami i głośnymi transferami, przez długi czas bardziej przypominała drużynę walczącą o przetrwanie niż zespół mający bić się o najwyższe cele.
Dziś sytuacja wygląda niemal absurdalnie w porównaniu z tym, co oglądaliśmy jesienią. Po zwycięstwie 2:1 z Lechią Gdańsk warszawianie stanęli przed szansą, która jeszcze niedawno wydawała się kompletnie nierealna — w ostatniej kolejce sezonu mogą wywalczyć miejsce w europejskich pucharach.
Momentem przełomowym okazało się zatrudnienie Marka Papszuna. Szkoleniowiec, który wcześniej stworzył potęgę Rakowa Częstochowa, trafił do klubu pogrążonego w chaosie i pozbawionego pewności siebie. W Warszawie nie oczekiwano cudów. Najważniejsze było jedno — uratować sezon i nie dopuścić do katastrofy.
Papszun zaczął jednak od fundamentów. Najpierw uporządkował grę zespołu, później odbudował mentalność drużyny, a z czasem Legia zaczęła przypominać zespół, który wie, po co wychodzi na boisko. Efekty przyszły szybciej, niż można było przypuszczać.
— Przede wszystkim chcę pogratulować drużynie, piłkarzom i całej szatni nie tylko zwycięstwa, ale tego, co zrobiliśmy przez całą rundę. Daliśmy sobie szansę, by w ostatniej kolejce grać o piąte miejsce i europejskie puchary. To dla mnie bardzo duża sprawa — podkreślił trener Legii po meczu w Gdańsku.
Za tymi słowami nie kryje się jednak euforia, ale świadomość drogi, którą przeszedł zespół. Jeszcze niedawno Legia była symbolem sportowego rozczarowania. Dziś znów zaczyna budzić respekt.
Szkoleniowiec Legii od początku powtarzał, że najważniejsza będzie cierpliwość i konsekwencja. Nawet wtedy, gdy wyniki nie przychodziły od razu, nie zmieniał kierunku i nie szukał wymówek.
— Przychodząc do Legii chciałem przede wszystkim pomóc klubowi i uchronić go przed degradacją. To był cel numer jeden. Ja wierzę w to, co robię. Wierzę w ludzi, z którymi pracuję. Drużyna mi zaufała, ja ufam im. To efekt konsekwentnej i systematycznej pracy — mówił Papszun.
W jego wypowiedziach trudno znaleźć wielkie deklaracje czy efektowne hasła. Jest za to spokój i przekonanie, że proces budowy drużyny wymaga czasu. Właśnie tego Legii brakowało w ostatnich miesiącach najbardziej.
Warszawski klub zaczął punktować regularnie, a zawodnicy odzyskali pewność siebie. Zespół, który jeszcze zimą oglądał się nerwowo za siebie, dziś patrzy w górę tabeli.
Przed Legią ostatni mecz sezonu — spotkanie z Motorem Lublin przy Łazienkowskiej. Stawka jest ogromna, bo zwycięstwo może otworzyć warszawianom drogę do europejskich rozgrywek.
Jeszcze niedawno taki scenariusz wydawał się czystą fantastyką. Dziś stadion przy Łazienkowskiej znów żyje nadzieją, a kibice zaczynają wierzyć, że ten fatalny sezon może zakończyć się zaskakująco pozytywnie.
Jedno jest pewne — niezależnie od tego, jak zakończy się ostatnia kolejka, Marek Papszun w kilka miesięcy zrobił coś, co jeszcze zimą wydawało się niemożliwe. Przywrócił Legii charakter i sprawił, że w Warszawie znowu mówi się o futbolu z emocjami, a nie wyłącznie z rozczarowaniem.







Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze