Choć dziś trudno to sobie wyobrazić, był moment, w którym Robert Lewandowski usłyszał, że nie jest wystarczająco dobry dla Legii Warszawa. Klub, który mógł stać się początkiem jego wielkiej kariery, zamknął przed nim drzwi w sposób, o którym napastnik do dziś mówi z wyraźnym rozczarowaniem.
Po latach Lewandowski wrócił pamięcią do tamtego dnia w rozmowie z The Players' Tribune. Nie ukrywał, że bardziej niż sama decyzja zabolał go sposób, w jaki została przekazana.
– Legia nawet nie postarała się, żeby tę decyzję przekazał mi trener bądź dyrektor techniczny – wspominał. – To był jeden z najgorszych dni w moim życiu. Najpierw śmierć mojego taty, a potem to... Wróciłem do samochodu, gdzie czekała na mnie mama. Od razu wyczuła, że stało się coś złego. Zacząłem płakać, a potem powiedziałem jej o wszystkim.
Dla młodego piłkarza był to bolesny cios. Kilka miesięcy wcześniej stracił ojca, a odrzucenie przez klub, z którym wiązał ogromne nadzieje, tylko spotęgowało poczucie zawodu. W tamtym momencie niewiele wskazywało na to, że właśnie rozpoczyna się droga, która zaprowadzi go na sam szczyt światowego futbolu.
Zamiast w Legii, Lewandowski wylądował w Zniczu Pruszków, występującym wówczas na trzecim poziomie rozgrywkowym. Dla wielu młodych zawodników taki scenariusz oznaczałby krok w tył. On potraktował go jak szansę.
Już w pierwszym sezonie został królem strzelców trzeciej ligi, a rok później powtórzył ten wyczyn na zapleczu Ekstraklasy. Regularność, skuteczność i błyskawiczny rozwój sprawiły, że w 2008 roku znalazł się na celowniku największych polskich klubów.
Wśród zainteresowanych ponownie pojawiła się Legia Warszawa. Tym razem jednak sytuacja wyglądała zupełnie inaczej. Lewandowski nie palił się już do przenosin na Łazienkowską, a sam stołeczny klub również nie wykazał większej determinacji, by naprawić błąd sprzed kilku lat.
Z tamtego okresu pochodzi jedno z najbardziej znanych zdań w historii polskiej piłki. Dyrektorowi sportowemu Legii, Mirosławowi Trzeciakowi, przypisuje się słowa: „Po co nam Lewandowski, skoro mamy Arruabarrenę?”.
Choć autentyczność tej wypowiedzi przez lata była przedmiotem dyskusji, cytat urósł do rangi symbolu jednej z największych transferowych pomyłek w historii polskiego futbolu. Czas pokazał, jak bardzo Legia mogła żałować swojej decyzji. Odrzucony napastnik wkrótce trafił do Lecha Poznań, później podbił Bundesligę w barwach Borussii Dortmund i Bayernu Monachium, a następnie dołączył do FC Barcelony, stając się jednym z najwybitniejszych napastników XXI wieku.
Historia Lewandowskiego jest dziś nie tylko opowieścią o sportowym sukcesie. To także przypomnienie, że jedna błędna decyzja potrafi zaważyć na historii klubu, ale nie musi przekreślić kariery zawodnika. Czasami największe porażki okazują się początkiem największych triumfów.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze