Reklama

„Tempo 30”? Raczej paraliż! Warszawa dusi się w urzędniczych eksperymentach

Warszawa ma zwolnić – tak zdecydowali urzędnicy. W całym mieście pojawiają się znaki „Strefa Tempo 30”, garby, wysepki, szykany i betonowe słupki. Oficjalnie – dla bezpieczeństwa mieszkańców. W praktyce – coraz więcej warszawiaków mówi o paraliżu komunikacyjnym, absurdach i urzędniczej arogancji. Czy „uspokojenie ruchu” nie zamieniło się przypadkiem w uspokojenie kierowców na siłę?

Bezpieczeństwo jako pretekst

Ratusz tłumaczy, że ograniczenie prędkości do 30 km/h ma ratować życie. W materiałach promocyjnych czytamy o „zwiększeniu płynności ruchu” i „poprawie komfortu mieszkańców”. Brzmi pięknie – ale kto w ostatnich miesiącach jeździł po Warszawie, wie, że rzeczywistość ma niewiele wspólnego z urzędowymi obietnicami.

Bo czy ktoś widział płynny ruch na ulicy, gdzie co 200 metrów trzeba się zatrzymywać przed progiem, czekać aż przejedzie samochód z naprzeciwka i znów ruszać z pierwszego biegu?

„Nie mam nic przeciwko ograniczeniom, jeśli są potrzebne. Ale teraz mam wrażenie, że to walka z kierowcami, nie z prędkością” – mówi mieszkaniec Białołęki. – „Na drodze, gdzie nie ma ani domów, ani pieszych, wstawiono zwężenia i garby. Czasem trzeba stanąć w środku pola, bo dwa auta nie mogą się minąć. To absurd.”

Reklama

Od „strefy 30” do „strefy 20” – po cichu i bez dyskusji

Zastanawiające jest też tempo, w jakim w Warszawie rosną nie tylko strefy 30, ale też tzw. strefy zamieszkania, czyli miejsca, gdzie obowiązuje prędkość do 20 km/h.

Niektóre z nich pojawiają się tam, gdzie… nikt nie mieszka. Trudno więc oprzeć się wrażeniu, że chodzi nie o bezpieczeństwo, a raczej o kolejny sposób ograniczenia ruchu samochodowego.

Bo skoro można wprowadzić strefę 20, to czemu nie 10? Skoro progi spowalniają, to może za chwilę pojawią się szlabany, by kierowcy „uspokoili się” całkowicie?

Reklama

Gdzie kończy się zdrowy rozsądek

Idea uspokajania ruchu sama w sobie nie jest zła. W wielu europejskich miastach strefy 30 działają skutecznie – ale są tam planowane z głową. W Warszawie jednak projekt coraz bardziej przypomina eksperyment na żywym organizmie.

ZDM tłumaczy, że chodzi o wyprowadzenie ruchu tranzytowego z osiedli. Tyle że gdy strefy 30 obejmują już niemal całe dzielnice, nie ma dokąd tego ruchu wyprowadzić. Efekt? Korki, spaliny i frustracja – również tych, którzy do tej pory jeździli spokojnie i przepisowo.

Co gorsza, część z nowych „rozwiązań” powoduje sytuacje realnie niebezpieczne. Na wąskich, sztucznie zwężonych ulicach dochodzi do nieporozumień i wymuszeń pierwszeństwa. Kierowcy, którzy próbują ominąć przeszkody, zjeżdżają na pobocza. W rezultacie – zamiast mniej wypadków, może być ich więcej.

Reklama

Nowa filozofia miasta?

Wrażenie jest takie, że nie chodzi już o bezpieczeństwo, ale o zmianę stylu życia. Warszawa ma być miastem pieszych, rowerów i hulajnóg. Samochód – nawet jeśli niezbędny – ma być intruzem.

Tylko że nie wszyscy mogą poruszać się inaczej. Rodzice dowożący dzieci do szkół, starsi mieszkańcy, osoby niepełnosprawne – oni także są częścią miasta. A jednak coraz częściej czują, że władze chcą im pokazać, że samochód to „zło konieczne”.

Warszawa zwalnia – i to dosłownie. Ale czy dzięki temu staje się lepszym miejscem do życia? Czy może raczej miejscem, gdzie płynność ruchu poświęcono na ołtarzu ideologii „antysamochodowej”?

Reklama

Zamiast pointy

Projekt „Strefa Tempo 30” miał być symbolem europejskiego, przyjaznego miasta. Dziś coraz bardziej przypomina eksperyment społeczny, w którym mieszkańcy stolicy są nie tyle uczestnikami, co ofiarami.

Warszawa faktycznie jest spokojniejsza. Ale nie dlatego, że kierowcy stali się ostrożniejsi. Po prostu – wszyscy stoją w miejscu.

 

 

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.

Zaloguj się

Najnowsze rolki



Reklama

Wideo WaWa.info




Reklama
Najnowsze wiadomości