Święta Bożego Narodzenia w Warszawie w czasach PRL-u wyglądały zupełnie inaczej niż dziś. Oczywiście – wiele zależało od tego, kto gdzie mieszkał i jaką miał sytuację, ale przeciętna warszawska rodzina przeżywała ten czas raczej skromnie. Sklepy świeciły pustkami, na wiele rzeczy trzeba było „polować”, a zdobycie podstawowych produktów często wymagało stania w długich kolejkach.
Dobrze oddaje to zdjęcie wykonane w centrum Warszawy w 1987 roku przez Jacka Marczewskiego. Widzimy na nim kobietę wracającą do domu z choinką w wózku dziecięcym. Drzewko jest niewielkie, mizerne – ale jest. I to właśnie miało znaczenie. Choinka nie musiała być idealna ani bogato ubrana. Ważne, że stała w domu i przypominała, że nadchodzą święta.
W mieście choinkę trzeba było kupić albo zdobyć, często taką, jaka akurat była dostępna. Na wsi wyglądało to inaczej – tam można było gdzieś w lesie ściąć drzewko albo przynieść je z własnego podwórka. Wieś i miasto różniły się bardzo, ale sens świąt pozostawał ten sam.
Prezenty? Raczej symboliczne. W czasach PRL-u marzeniem niemal każdego – bez względu na wiek – był kolorowy telewizor albo gramofon. Często jednak wystarczała książka, słodycze czy drobiazg zdobyty „spod lady”. Święta nie były wystawne, ale miały w sobie coś trwałego: bliskość, rozmowę, wspólną modlitwę i poczucie, że ten czas jest inny niż wszystkie.
Dziś bywa odwrotnie. Choinki są wielkie, ozdoby drogie, prezenty okazałe. A jednak coraz częściej zapominamy o tym, co najważniejsze. Boże Narodzenie to nie tylko dekoracje i zakupy, ale przede wszystkim narodziny Pana Jezusa. Coraz częściej robi się z tych świąt wydarzenie pozbawione religii, sensu.
Pamiętajmy więc o sednie sprawy. O wspólnej modlitwie, o opłatku – poświęconym opłatku – o pojednaniu i obecności drugiego człowieka. Bo choć święta w PRL-u były skromne, to to, co najważniejsze, potrafiło w nich trwać. I warto, by trwało także dziś.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze