Stary człowiek wciąż cieszył się dobrym słuchem, więc bez trudu rozpoznał charakterystyczną pracę silników trzech Toyot-pickupów.
On wiedział, że ich przybycie nie zwiastuje niczego dobrego, dlatego – zanim jeszcze pojazdy wynurzyły się zza zakrętu drogi – mężczyzna energicznie wstał z plastikowego fotela, chwycił je za oparcie i wraz z meblem zniknął w mrocznej czeluści parterowego budynku, przed którego frontową ścianą dotychczas siedział. Po chwili metalowe drzwi zamknęły się za nim z cichym trzaskiem, a kilka sekund później opadła metalowa roleta, szczelnie zasłaniając jedyne okno. Sklep starego Wahida miał prawo być nieczynny o tej porze, bowiem temperatura na zewnątrz sięgała 55 stopni Celsjusza, toteż ulice irackiej Karbali – świętego miasta szyitów – codziennie pustoszały na kilka popołudniowych godzin. Arab bojaźliwie wyglądał przez długą szparę w przerdzewiałej blasze zakrywającej otwór wentylacyjny, toteż łatwo mógł dostrzec policyjne pojazdy sunące złowrogo i majestatycznie po rozgrzanym asfalcie. Maszyny były nowiuśkie, błyszczące, pomalowane w białoniebieskie barwy, a na skrzyni ładunkowej każdej z nich stali mężczyźni podtrzymujący dłońmi kolby karabinów maszynowych. Funkcjonariusze wyglądali na znudzonych swoją służbą i mieli do tego prawo, gdyż podczas tradycyjnej dziennej drzemki cała metropolia zamieniała się w miasto-widmo. Ponadto, siedzący w pierwszym pojeździe otyły porucznik miał na twarzy wyraz zawodu; pozamykane na cztery spusty placówki handlowe uniemożliwiały wyciśnięcie z ich właścicieli tradycyjnego haraczu, a przecież pieniądze potrzebne są każdemu, nawet irackiemu stróżowi prawa.