Mama delikatnie poprosiła, aby już wstał. Nie, to nie był głos rodzicielki. Pomylił go z tym Małgosi, miłości swego życia, z którą spotykał się od zawsze, czyli od pierwszej klasy liceum. Jednak coś było nie tak, bowiem Małgosia nie kopnęłaby w ramę łózka i nie kazała „wydobyć dupy ze śpiwora”.
Zresztą, nikt normalny nie śpi w domu w śpiworze, a tym bardziej nie dewastuje mebli przy pomocy ciężkiego wojskowego buciora, dlatego podświadomość wykluczyła kobietę ze sprawstwa tak brutalnego postępowania. Nieokrzesanym żłobem, potrafiącym dopuścić się zbrodni przerwania snu, mógł być jedynie „Lokis”, plutonowy, dowódca 1. drużyny 1. plutonu 1. kompanii szturmowej w batalionie powietrznodesantowym. Wszystko w tej drużynie, zgodnie z numeracją, było pierwszorzędne, łącznie z jej dowódcą – wysokim smukłym podoficerem, którego największą życiową bolączką były zakola nad wysokim czołem. Krzysiek, bowiem tak „Lokisowi” dali na chrzcie, codziennie wcierał w skórę czaszki hektolitry jakiegoś wywaru z brzozy, aby wspomóc restytucję owłosienia, jednak krnąbrna natura nie dała się zwieść podstępowi człeka i dalej robiła swoje, czyli systematycznie powiększała areał łysej glacy. Podwładni Krzysztofa, dziewięciu twardych spadochroniarzy-szyderców, szybko zauważyli jego piętę achillesową i złośliwie nazwali go „Loczkiem”, ale zbitek spółgłosek „czk” w środku wyrazu był nieporęczny do wymówienia, dlatego ów kpiący przydomek ewoluował do „Lokisa”. On to teraz, używając słów powszechnie uznawanych za obelżywe, wyrywał z objęć Morfeusza celowniczego karabinu maszynowego PK (km PK – nazwa pochodzi od zbitki pierwszych liter polsko-rosyjskiej nazwy: karabin maszynowy Pulemiot Kałasznikowa), zwanego popularnie „pekistą”.