Reklama

Odkrywają, że część ich mieszkania… nie istnieje

Jasne salony, funkcjonalne sypialnie, co do centymetra zaplanowana przestrzeń... Problem zaczyna się wtedy, gdy kupujący bierze do ręki miarkę – i odkrywa, że jego wymarzone 60 metrów w praktyce nie zawsze oznacza 60 metrów do życia.

Jak informuje Dziennik Gazeta Prawna, coraz więcej nabywców mieszkań kieruje sprawy do sądów, domagając się zwrotu części ceny za metry, które – ich zdaniem – nigdy nie powinny zostać wliczone do powierzchni użytkowej. W centrum sporu znajdują się ścianki działowe. A dokładniej: to, co znajduje się pod nimi.

Miliony w pozwach

W poniedziałek do warszawskiego sądu trafił już czwarty pozew zbiorowy przygotowany przez kancelarię Terlecki & Wspólnicy. Wartość roszczenia? 7,6 mln zł. Wcześniej złożono trzy inne pozwy – łącznie spór toczy się już o ponad 13 mln zł.

Reklama

To nie jest więc akademicka dyskusja o definicjach z norm budowlanych. To realne pieniądze i realne poczucie, że ktoś zapłacił za coś, czego w istocie nie dostał.

Kupujący argumentują wprost: skoro pod ścianką działową nie da się postawić kanapy ani stołu, to trudno uznać, że jest to pełnoprawna powierzchnia użytkowa. Każdy dodatkowy metr w dużym mieście potrafi kosztować kilkanaście, a czasem kilkadziesiąt tysięcy złotych. Różnica kilku metrów oznacza więc konkretne straty.

Nowe przepisy, stare umowy

Spór nabrał tempa po doprecyzowaniu przepisów dotyczących liczenia powierzchni użytkowej. Zgodnie z aktualnymi zasadami, obszar pod ściankami działowymi nie powinien być do niej wliczany. To pozornie techniczna zmiana, ale jej konsekwencje są daleko idące.

Reklama

Co istotne, część prawników wskazuje, że roszczeń można dochodzić również w przypadku starszych umów. A to otwiera drogę do pozwów dotyczących inwestycji sprzed kilku lat.

Wyroki? Niejednolite. W jednych sprawach sądy przyznają rację klientom, w innych stają po stronie deweloperów. Każda sprawa opiera się na analizie konkretnej umowy, norm technicznych obowiązujących w chwili sprzedaży i sposobu, w jaki przedstawiono metraż w dokumentach.

„Działaliśmy zgodnie z prawem”

Deweloperzy odpierają zarzuty. Twierdzą, że stosowali obowiązujące w danym czasie normy i działali w granicach prawa. Część firm podkreśla, że sposób liczenia powierzchni był jawny, a klienci mieli dostęp do projektów architektonicznych przed podpisaniem umowy.

Reklama

W sporze pojawia się również wątek Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów. Według branży, urząd nie dopatrzył się systemowych nieprawidłowości w dotychczasowych praktykach. To argument, który ma świadczyć o tym, że problem nie jest tak jednoznaczny, jak przedstawiają go nabywcy.

Prawnicy reprezentujący kupujących widzą to inaczej. W ich ocenie wiele umów konstruowano w sposób, który pozwalał „dopompować” metraż o powierzchnię pod ściankami działowymi – a tym samym podnieść cenę mieszkania. Ich zdaniem klienci w części spraw mają realne szanse na wygraną.

Reklama

Gra o zaufanie

Ten spór to coś więcej niż techniczna różnica w interpretacji norm budowlanych. To pytanie o transparentność rynku nieruchomości i o to, czy przeciętny kupujący jest w stanie samodzielnie zweryfikować to, za co płaci setki tysięcy – a często miliony – złotych.

W czasach, gdy mieszkanie jest dla wielu największą inwestycją w życiu, każdy metr ma znaczenie nie tylko finansowe, ale i symboliczne. Bo za każdym „spornym” centymetrem stoi czyjaś rata kredytu, plan na przyszłość i oczekiwanie, że umowa znaczy dokładnie to, co w niej zapisano.

Źródło: PAP, Zdj. AI
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.

Zaloguj się

Najnowsze rolki



Reklama

Wideo WaWa.info




Reklama
Najnowsze wiadomości