Coraz więcej wskazuje na to, że za niedzielnym wypadkiem autobusu miejskiego przy Dworcu Zachodnim mogła stać awaria elektroniki, a nie – jak początkowo przypuszczano – usterka układu hamulcowego. Z nieoficjalnych ustaleń wynika, że w pojeździe mogło dojść do uszkodzenia czujnika odpowiadającego za odczyt położenia pedału przyspieszenia. Taki scenariusz oznaczałby, że komputer pokładowy przez cały czas otrzymywał sygnał, jakby kierowca nie zdejmował nogi z gazu.
Do dramatycznego zdarzenia doszło w niedzielę na trasie autobusu linii 186. Zanim pojazd zakończył jazdę, uderzając w strop przejścia podziemnego przy Rondzie Zesłańców Syberyjskich, zderzył się z tramwajem oraz czternastoma samochodami. Jeden z nich został wepchnięty do przejścia podziemnego. W wypadku rannych zostało sześć osób, w tym czteroletnie dziecko. Kierowca autobusu nie odniósł poważniejszych obrażeń.
58-letni kierowca autobusu tuż po zdarzeniu przekazał policjantom, że pojazd miał utracić skuteczność hamowania. Jednak przebieg całego incydentu oraz relacje świadków sprawiają, że śledczy analizują również inne możliwe scenariusze.
Pierwsza kolizja miała miejsce na skrzyżowaniu ulic Grójeckiej i Bitwy Warszawskiej 1920 roku – około kilometra od miejsca, w którym autobus ostatecznie się zatrzymał. Po drodze ważący blisko 20 ton przegubowiec uderzał w kolejne pojazdy, spychał je z toru jazdy i niszczył znaki drogowe.
Osoby, które obserwowały zdarzenie, zgodnie relacjonują, że silnik autobusu pracował na bardzo wysokich obrotach. Ich zdaniem pojazd nie zwalniał, lecz wręcz nabierał prędkości, mimo kolejnych zderzeń.
Według nieoficjalnych informacji, do których dotarli dziennikarze TVN Warszawa, najbardziej prawdopodobną przyczyną mogła być awaria elektronicznego czujnika położenia pedału przyspieszenia, określanego przez specjalistów jako nadajnik pedału przyspieszania.
W praktyce oznaczałoby to, że sterownik silnika przez cały czas odbierał błędny sygnał informujący o maksymalnym wciśnięciu pedału gazu. Autobus zachowywał się więc tak, jakby kierowca nieustannie przyspieszał, niezależnie od rzeczywistych działań za kierownicą.
Jeden z pracowników Miejskich Zakładów Autobusowych, który brał udział we wstępnych oględzinach rozbitego pojazdu, zwraca uwagę, że taki scenariusz lepiej tłumaczy przebieg zdarzenia niż całkowita awaria hamulców.
– Gdyby rzeczywiście zawiódł układ hamulcowy, autobus powinien zatrzymać się po pierwszych zderzeniach z samochodami. Tymczasem pojazd nadal się rozpędzał – wskazuje rozmówca, proszący o zachowanie anonimowości.
Eksperci analizują także, czy w trakcie dramatycznej jazdy kierowca próbował użyć hamulca postojowego, który w autobusach pełni również funkcję hamulca awaryjnego.
Jak wyjaśnia drugi z rozmówców znających szczegóły oględzin, jego zaciągnięcie powoduje mechaniczne zablokowanie czterech kół drugiej i trzeciej osi, w tym osi napędowej. W teorii powinno to doprowadzić do bardzo gwałtownego wytracenia prędkości, a nawet niemal natychmiastowego zatrzymania pojazdu.
Odpowiedź na pytanie, co dokładnie wydarzyło się w autobusie, mają przynieść analizy zapisów monitoringu oraz danych zapisanych przez rejestrator jazdy. Jak ustalili dziennikarze TVN, materiał z kamer został zabezpieczony jeszcze na miejscu wypadku. To właśnie połączenie nagrań z danymi technicznymi ma pozwolić śledczym jednoznacznie ustalić, czy rzeczywiście doszło do awarii elektroniki i jaki był jej wpływ na przebieg jednego z najpoważniejszych wypadków komunikacji miejskiej w Warszawie w ostatnich latach.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze