W środowe popołudnie pod warszawskim ratuszem zgromadziła się grupa przeciwników odstrzału dzików. Transparenty, megafony, hasła o „rzezi” i „wstydzie” – wszystko jak należy. Emocji nie brakowało, podobnie jak przekonania, że stolica stoi właśnie przed jednym z największych moralnych dylematów naszych czasów. Bo oto – jak przekonywali protestujący – dziki potrzebują naszej natychmiastowej obrony.
Manifestujący domagali się wstrzymania odstrzału, powołania niezależnych ekspertów i wdrożenia „humanitarnych” metod radzenia sobie z rosnącą populacją dzików. W ich opinii decyzje ratusza są zbyt proste, wręcz prymitywne – zamiast dialogu i nowoczesnych rozwiązań, sięga się po broń.
Trzeba przyznać, że przekaz był spójny: dzik to niemal symbol niewinności, a myśliwy – czarny charakter tej opowieści. Problem w tym, że rzeczywistość nieco mniej przypomina bajkę. Warszawa ma dziś około trzech tysięcy dzików, a tylko w tym roku odnotowano ponad sto niebezpiecznych incydentów z ich udziałem. Place zabaw, osiedla, ruchliwe ulice – to nie są naturalne środowiska tych zwierząt, a jednak coraz częściej właśnie tam się pojawiają.
Prezydent miasta jasno stawia sprawę: jeśli dziki wchodzą w przestrzeń ludzi i stanowią zagrożenie, miasto musi reagować. Nie dlatego, że ktoś lubi takie rozwiązania, ale dlatego, że alternatywy – przynajmniej na dziś – są ograniczone. Szczególnie w kontekście ASF, który uniemożliwia odłów i wywożenie zwierząt poza miasto.
I tu pojawia się pewien zgrzyt. Bo o ile wrażliwość na los zwierząt jest czymś naturalnym i potrzebnym, o tyle trudno nie zauważyć pewnej selektywności emocji. Ci sami ludzie, którzy z ogromnym zaangażowaniem bronią dzików, rzadko pojawiają się w innych, znacznie bardziej dramatycznych debatach dotyczących życia. Tu nagle cisza, dystans albo wygodne milczenie.
W całej tej historii jest jeszcze jeden wymiar – miejski. Widać wyraźnie, że wielu uczestników protestu patrzy na dziki przez pryzmat romantycznej wizji natury. Problem w tym, że dzik w lesie to jedno, a dzik na osiedlu – to zupełnie inna historia.
Zdarzało się już, że zwierzęta atakowały ludzi. Szczególnie niebezpieczne są lochy z młodymi, które reagują instynktownie na każde zagrożenie. W takich sytuacjach nie ma miejsca na hasła z transparentów – zostaje realne ryzyko dla mieszkańców.
Miasto zapowiada lepsze zabezpieczenie śmieci i dalszą edukację. Protestujący apelują, by… nie zgłaszać obecności dzików. Trudno o bardziej wymowny przykład zderzenia dwóch światów: jednego opartego na emocjach i drugiego, który musi mierzyć się z konsekwencjami.
Ostatecznie pytanie nie brzmi, czy dziki są „dobre”, tylko co zrobić, gdy zaczynają zagrażać ludziom. I tu już nie wystarczy serce – potrzebny jest rozsądek.










Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze