Tej nocy ciemność osiągnęła stan doskonałości. Niebo – bez jednej gwiazdy i z ukrytym księżycem – powodowało, że nie było widać nic na długość wyciągniętej ręki.
Latarnie uliczne były bezużyteczne od kilkunastu dni, najprawdopodobniej z powodu jakieś awarii lokalnej elektrowni, a okna w domostwach też nie dawały ani krzty światła. Pogrążona w mroku baza wojsk koalicji antysaddamowskiej zdawała się całkowicie uśpiona, bowiem wewnątrz niej nie panował najmniejszy ruch i nawet posterunki, zwykle czuwające na ufortyfikowanych wieżach obserwacyjnych, gdzieś zniknęły. Najczujniejsze oko nie było w stanie wychwycić jakiejkolwiek oznaki życia toczącego się po drugiej stronie betonowych ścian, zwieńczonych na szczytach drutem żyletkowym. Czas płynął swoim tempem, a niespodziewany bezruch zanęcił i ośmielił watahę bezpańskich, na wpół zdziczałych psów, które biegały w poszukiwaniu pożywienia po usypanych z piasku wałach-zaporach. Wtedy, gdzieś daleko za miastem, już na samej pustyni, ktoś zaczął strzelać w górę z karabinu maszynowego i pomarańczowe smugi światła skrzyżowały się ze sobą sprawiając wrażenie, że jest to zapowiedź pokazu sztucznych ogni. Kilka chwil później pojawiły się także czerwone gwiazdy, którym towarzyszyły białe snopy opadających bardzo wolno iskier, dając złudzenie, iż wiszą na spadochronach. Nie było na świecie człowieka, który nie patrzyłby z mimowolnym podziwem na owe niespodziewane iluminacje. Tylko najbardziej wprawna para oczu dostrzegłaby, że jedno ze skrzydeł bramy wjazdowej do wojskowego zgrupowania nieco się uchyliło i cztery Honkery, na bardzo niskich obrotach silników i bez świateł, opuściły silnie ufortyfikowany rejon i wolno potoczyły się w kierunku potężnych budowli sanktuarium Imama Husajna i świątyni al-Abbasa, miejsc pielgrzymek szyitów z całego świata, będących jednocześnie sercem irackiej Karbali. Cóż, chwyt stary jak świat – na niebie odbywał się niezapowiedziany taniec świateł, wszyscy patrzyli w tamtym kierunku, a w tym samym czasie niewielki pododdział opuścił bazę w sposób skryty, by wykonać postawione przed nim zadanie. Obserwujący obóz półamatorzy mogliby dać się na to nabrać, ale prawdziwi zawodowcy wychwyciliby wyjazd wojskowej kolumny, a uśmiech politowania wykrzywiłby ich twarze.