Mamed Chalidow - dźwigając na swoich barkach prestiż raczkującej dyscypliny - zaskakująco szybko podniósł mieszane sztuki walki (MMA) do rangi poważnego sportu, chociaż początkowo wcale nie wydawało się to takie oczywiste.
Kiedy na przełomie XX i XXI wieku MMA coraz mocniej rozpalało wyobraźnię kibiców w Japonii i Stanach Zjednoczonych, trudno było zakładać, iż mieszkańcy Starego Kontynentu w niedalekiej przyszłości także ulegną podobnej fascynacji. Pamiętam, że gdy na początku nowego tysiąclecia oglądałem nagraną na kasecie VHS galę legendarnej organizacji PRIDE, to miałem mieszane uczucia. Co prawda możliwość podziwiania współczesnych gladiatorów intrygowała, ale skojarzenia z cyrkowym wrestlingiem i „bijatyką bez zasad” nie pozwalały uznać MMA za pełnoprawną dyscyplinę sportową. U progu pierwszej kadencji George’a W. Busha w mieszanych sztukach walki bardziej widziałem więc rodzaj ekstremalnej rozrywki, aniżeli opartą na jasnych regułach sportową rywalizację. Odmiennego zdania był Łukasz Porębski, właściciel owej kasety, a obecnie jeden z najbardziej cenionych polskich sędziów mieszanych sztuk walki, który w tym osobliwym widowisku widział gigantyczny potencjał sportowo-marketingowy.