Był tak potwornie zmęczony, że nie mógł zasnąć. Paradoks taki: powieki samie opadały na oczy, aby po chwili – gdy napięte do granic wytrzymałości nerwy posyłały im jakiś sygnał – natychmiast unieść się do góry.
Wówczas czujnie rozglądał się wokół, nasłuchiwał odgłosów niesionych ulicami opustoszałego miasta, po czym cykl rozpoczynał się od miejsca startu, czyli od tysięcznej próby zaśnięcia. Wreszcie, skrajnie poirytowany, wysiadł z ciasnej kabiny auta chcąc rozprostować zdrętwiałe ciało. Kilka przysiadów, parę skłonów i naście pompek dobrze mu zrobiły – krew znów zaczęła dopływać do kończyn i mózgu, toteż i nastrój uległ natychmiastowej poprawie. Sięgnął do kieszeni przepoconego munduru, wydobył papierosa i przypalił, starannie zasłaniając dłonią płomień zapalniczki, a następnie wciągnął do płuc śmierdzący tytoniowy dym. Pomyślał, że gdyby tak jeszcze miał pod ręką kubek gorącej i słodkiej kawy, wówczas życie stałoby się prawie znośne. Błogostan przerwał niespodziewany ruch w szoferce – to kierowca, pulchny szeregowy, zaczął energicznie drapać się po całym ciele. Wtedy, jakby na sygnał, przecknęli się żołnierze drzemiący na skrzyni ładunkowej Honkera i, podobnie jak ich kolega, poczęli zawzięcie jeździć paznokciami po skórze. Od dawna niemyte tułowia swędziały niemiłosiernie i roztaczały wokół nieprzyjemną woń, ale smrodem nikt się nie przejmował. Gorzej, że na szyjach – w miejscach ustawicznie drażnionych szorstkimi kołnierzami kamizelek przeciwodłamkowych – zaczęły pojawiać się otarcia, szybko ewoluujące do postaci wodnistych liszajów. Palacz pomyślał, że jeśli tak dalej pójdzie, to Muktada as-Sadr weźmie bazę brudem, nie musząc do nikogo strzelać. Oczyma wyobraźni zobaczył napis na swoim nagrobku: „Przechodniu, zatrzymaj się i podumaj nad losem żołnierskim! Tutaj leży spadochroniarz-niemota, którego bakterie zżarły bez musztardy. Zginął śmiercią flejtucha!”. Szyderca uśmiechnął się sam do siebie, zgasił starannie niedopałek i znów zajął stanowisko w pojeździe.