Wydawało się, że Legia nie może już zbliżyć się do dna, o które otarła się cztery lata temu. Tymczasem lekcja z sezonu 2021/22 poszła na marne, a klub ponownie balansuje na granicy strefy spadkowej. Trudno przewidzieć, jak to wszystko się skończy — drużyna została porzucona, a jedynym zapowiadanym planem pozostaje zatrudnienie Marka Papszuna.
Aleksandar Vuković mawiał kiedyś, że w Legii nigdy nie jest ani tak dobrze, ani tak źle, jak o niej mówią. Patrząc na obecną sytuację, można to sparafrazować: w Legii nigdy nie jest tak źle, żeby nie mogło być gorzej. Nawet wtedy, gdy klub sięga dna.
A przecież wydawało się, że powtórka z koszmarnego sezonu 2021/22 jest niemożliwa. Tamten rok miał być bolesną, ale pouczającą lekcją. Legia, po serii porażek i pobycie w strefie spadkowej, deklarowała szeroką przebudowę i nowy start. Sypiący wtedy głowę popiołem Dariusz Mioduski szybko jednak zapomniał o tamtych obietnicach — i znów sprowadził klub w to samo miejsce.
Do błędów, które doprowadziły do zwolnienia Kosty Runjaicia i desperackiej próby ratowania sytuacji Gonçalo Feio, nie ma już sensu wracać. Legia gasząc pożary benzyną, popełniła kolejne pomyłki. Dziś całe piłkarskie środowisko patrzy na nią z politowaniem — i trudno się temu dziwić.
Skala zamętu panującego w klubie jest zdumiewająca. W 2025 roku Mioduski przeszedł samego siebie. Efektem niezrozumiałych decyzji i zaniedbań jest sportowa katastrofa, która może okazać się dopiero początkiem poważniejszych kłopotów. Legia przypomina samobójczą misję, a jedyną nadzieją ma być zatrudnienie Marka Papszuna — tylko czy nie nastąpi to za późno?
„Brak mistrzostwa będzie katastrofą” — mówił latem dyrektor sportowy Michał Żewłakow. I katastrofa stała się faktem. Po 16 kolejkach Legia zajmuje 14. miejsce, mając zaledwie dwa punkty przewagi nad strefą spadkową. Do tego ośmiomeczowa seria bez zwycięstwa — najdłuższa od 52 lat — sprawia, że od wyrównania niechlubnego rekordu dzielą ją już tylko dwa spotkania.
A przecież ten rok miał przynieść nową jakość. Wszystko miało zacząć się od zmiany na stanowisku dyrektora sportowego po zwolnieniu Jacka Zielińskiego. Sama decyzja była słuszna, ale proces wyboru następcy zamienił się w farsę.
Żewłakow objął funkcję dopiero 27 marca — w 85. dniu roku. To oznaczało zmarnowanie kluczowego czasu potrzebnego do planowania sezonu. Już wtedy osoby z otoczenia klubu mówiły, że opóźnienie może skończyć się tragicznie. I tak właśnie się stało: decyzje dotyczące przyszłości trenera, kadry i całego projektu były podejmowane w pośpiechu i bez przygotowania.
Samo zatrudnienie Edwarda Iordănescu trwało minimum 22 dni. Rumun objął zespół w biegu, bez szans na spójne budowanie drużyny. Szybko okazało się, że jego narzekania na transfery i jakość kadry były tylko częścią większego problemu — całkowitego chaosu decyzyjnego.
Bo choć pojawił się nowy dyrektor sportowy, niemal od razu obok niego sprowadzono Frediego Bobicia na enigmatyczne stanowisko „Head of Football Operations”. W procesie wyboru trenera mieszał też sam Mioduski. Co gorsza, jeszcze kilka miesięcy wcześniej właśnie kandydaturę Iordănescu odrzucono, uznając go za typ selekcjonera, a nie trenera codziennej pracy. Chaos gonił chaos.
W momencie zwolnienia Iordănescu sytuacja Legii była trudna, ale nie dramatyczna. Zajmowała 11. miejsce, tracąc pięć punktów do czwartej pozycji. Jednak tej jesieni Mioduski popełnił kolejny błąd — po prostu zostawił drużynę bez wsparcia.
Minęły 32 dni od zwolnienia szkoleniowca, a Legia wciąż nie ma następcy. Cztery kolejki później zespół jest niżej w tabeli, a strata do pucharów wzrosła do siedmiu punktów.
Inaki Astiz, który miał być rozwiązaniem tymczasowym na jeden lub dwa mecze, poprowadził już sześć. I choć robi, co może, to dysponuje najmniejszym sztabem w całej lidze — raptem czterema współpracownikami. Dla porównania: sztab Marka Papszuna liczył 11 osób, Nielsa Frederiksena w Lechu — 9, a Adriana Siemieńca — 8. Różnica jest kolosalna.
Ponad miesiąc oczekiwania na nowego trenera najlepiej podsumowuje bałagan, jaki panuje w klubie. Jak wyliczył Szymon Janczyk z weszlo.com, w tym roku Legia aż przez 41% czasu działała bez dyrektora sportowego i bez trenera. To sytuacja absurdalna nawet jak na polskie realia.
Podczas gdy czołowe kluby ekstraklasy mają silne, wyraziste duety trener–dyrektor sportowy, Legia znów ma tylko chaos i zmieniające się koncepcje.
Wiele wskazuje, że to właśnie Marek Papszun będzie musiał posprzątać ten bałagan. Nikt nie kwestionuje jego warsztatu, ale niewiadomą pozostaje, jak odnajdzie się w klubie zarządzanym w tak chaotyczny sposób. I czy nie stanie się kolejną ofiarą „rewolucji” w Legii — rewolucji, z której po raz kolejny śmieje się cała Polska.
Źródło: sport.pl
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze