Sezon 2024/25 coraz wyraźniej układa się dla Legii Warszawa w scenariusz, który jeszcze niedawno wydawał się trudny do wyobrażenia. Stołeczny klub przeżywa głęboki kryzys sportowy, a jego skutki są widoczne zarówno na krajowym podwórku, jak i na arenie międzynarodowej. Po czwartkowej porażce w Armenii europejska przygoda Legii dobiegła końca na długo przed wiosną.
Przegrana 1:2 z FC Noah definitywnie przekreśliła szanse „Wojskowych” na awans do fazy pucharowej Ligi Konferencji. Warszawianie nie są już w stanie odrobić czteropunktowej straty do miejsc gwarantujących grę w play off, a ich pozycja w tabeli fazy ligowej nie pozostawia złudzeń.
Przed piątą kolejką Legia była w najtrudniejszym położeniu spośród wszystkich polskich zespołów rywalizujących w Europie. Wyjazd do Erywania miał być nie tylko walką o punkty, ale również próbą przerwania fatalnej serii i impulsem do odbudowy morale. Punkt zdobyty w Armenii przedłużałby jeszcze matematyczne nadzieje na grę wiosną.
Plan był ambitny – zwycięstwo i przełamanie. Stawką były nie tylko kwestie sportowe, ale także finansowe, bo każdy wygrany mecz w europejskich pucharach oznacza realne wpływy z UEFA. Legia doskonale pamiętała, jak istotne były one w poprzednim sezonie, zakończonym dopiero na etapie ćwierćfinału.
Spotkanie rozpoczęło się dla Legii wręcz idealnie. Już w 3. minucie Mileta Rajović skorzystał z katastrofalnego błędu obrońców FC Noah i otworzył wynik meczu. Gol ten mógł zwiastować zupełnie inny wieczór dla warszawian.
W 38. minucie wydawało się, że Legia podwyższy prowadzenie. Steve Kapuadi trafił do siatki z bliskiej odległości, jednak sędzia Bułat Sarijew dopatrzył się przewinienia Rajovicia na bramkarzu gospodarzy. Decyzja arbitra wzbudziła spore emocje i wyraźne niezadowolenie po stronie gości.
Po przerwie obraz gry zmienił się diametralnie. FC Noah ruszył do ataku i zepchnął Legię do defensywy. W 57. minucie Matheus Aias doprowadził do wyrównania, a warszawianie zaczęli sprawiać wrażenie zespołu bez pomysłu i wiary.
Decydujący cios padł w 84. minucie. Fatalny błąd obrony Legii bezlitośnie wykorzystał Nardin Mulahusejnović, ustalając wynik spotkania. Ten gol symbolicznie podsumował europejską kampanię stołecznego klubu – pełną chaosu, nieskuteczności i kosztownych pomyłek.
Porażka w Armenii oznaczała ostateczne pożegnanie z Ligą Konferencji. Legia już wcześniej nie liczyła się w walce o czołową ósemkę fazy ligowej, która daje bezpośredni awans do 1/8 finału. Przegrana sprawiła jednak, że zniknęła także ostatnia szansa na miejsca 9–24 i grę w fazie play off.
Po pięciu kolejkach Legia zajmuje dopiero 30. miejsce w tabeli. Na jedną serię spotkań przed końcem rozgrywek strata do 24. pozycji wynosi cztery punkty i jest nie do odrobienia. Ostatni mecz w Europie warszawianie rozegrają przeciwko Lincoln Red Imps z Gibraltaru – drużynie, która wcześniej potrafiła sprawić sensację w starciu z Lechem Poznań.
Na tle Legii znacznie lepiej prezentuje się sytuacja pozostałych przedstawicieli Ekstraklasy. Raków Częstochowa zajmuje trzecie miejsce w tabeli i ma już zapewniony co najmniej udział w fazie play off. Co więcej, wciąż realna pozostaje perspektywa bezpośredniego awansu do 1/8 finału. Kluczowy będzie wyjazdowy mecz z Omonią Nikozja.
Jagiellonia Białystok oraz Lech Poznań wciąż zachowują matematyczne szanse na miejsce w najlepszej ósemce, choć bardziej prawdopodobny wydaje się awans do rundy play off. Oba zespoły muszą jednak uważać – porażki w ostatniej kolejce z AZ Alkmaar i Sigmą Ołomuniec mogą sprawić, że ich los stanie się równie gorzki jak w przypadku Legii.
Dla warszawskiego klubu to bolesny moment prawdy. Jesień w Europie dobiegła końca, a pytania o przyszłość, kierunek zmian i odpowiedzialność za obecny stan rzeczy będą tylko narastać.
Źródło: sport.interia.pl
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze